Dzień czwarty

Lepiej. Objawy (ku pamięci) to bardzo mocne przeziębienie i ogromne osłabienie. W nocy nie spałam z powodu kichania, przez cztery godziny nie mogłam przestać. Lekki ból gardła. Brak kaszlu i gorączki.

Zadzwoniła szefowa, ściągają mi 1/3 godzin z planu. Tak, jak myślałam. Nie będzie luksusów, ale raczej przeżyjemy, pod warunkiem, że będzie nabór na inne kierunki.

Będę miała więcej wolnego czasu.

Ale w głowie układa mi się plan Wielkiej Ucieczki do Przodu, na razie mierzę się z takim jednym pomysłem i obracam go w myślach. Byłoby to bardzo trudne i kosztowne, inwestycja na wiele lat, ale może byłoby kolejną przygodą mojego życia? Pomysł podsunął mi Mi, sama bym nie śmiała o tym nawet myśleć, bo wiąże się to z zainwestowaniem mnóstwa czasu i pieniędzy. Ale dostałam też błogosławieństwo siostry, która jest w ten materii ekspertem. A zatem może?…

Może to, a może coś innego. Jak zaczynam myśleć o planach alternatywnych, przestaję się czuć jak w pułapce.

Ogród szaleje. Nie miałam jeszcze czasu ogarnąć tyłu domu, gdzie zaczyna przypominać dżunglę. Roślinki, które posadziłam dwa lata temu właśnie zadusiły mi róże i wyglądają teraz tak:

Dzikie wino i passiflora. Próbują mnie uglaskac przepięknymi kwiatami (zobaczcie w powiększeniu!), ale są ogrodowymi łobuzami i muszę je przywołać do porządku.

Z kolei to, co posadziłam przy ścianie na końcu ogrodu, mając nadzieję, że się rozrośnie, zmarniało. Paprocie schną, pnąca hortencja więdnie, funkia podeptana przez dzieci, klon japoński zagłuszony przez powojnik. Chaos i zniszczenie. Wygląda na to, że jednak nie jest tam tak ciemno i wilgotno, jak sądziłam i muszę posadzić inne roślinki.