Do czego służą klocki lego?

W ten nudny, gorący wtorek poszliśmy biegać. Było tak duszno, że ruszałam się jak mucha w smole i sapałam jak lokomotywa, a czas mieliśmy najwolniejszy od pół roku. Ale – jak to mówią – i tak zwyciężyliśmy, bo poszliśmy. Pobiegliśmy.

Czas mi w wakacje tak okropnie ucieka, że w środę nie mogłam w nocy spać, bo budził mnie resentyment (‚moi koledzy i koleżanki, już zostali profesorami i profesorkami’) oraz poczucie winy, że a) nie pracuję wystarczająco nad projektem i już nigdy nie będę umiała dobrze pisać po angielsku oraz b) ze wszystkich zaplanowanych prac remontowo-dekoracyjnych, na które nigdy nie mam normalnie czasu, przyczepiłam tylko kominek, c) marnuję swoje życie.

Z tego wszystkiego w środę, kiedy Mo poszła na urodziny do Camerona, jak siadłam do roboty, to się ocknęłam dopiero kiedy Mi przyszedł z pracy. A na wieczór dołożyłam sobie sufitem.

Sufit już dawno miał zostać pomalowany, bo widniały na nim plamy z przeciekającej łazienki, która jest umiejscowiona tuż nad dużym pokojem. Kafelki prysznicowe sześć tygodni temu zostały naprawione na klocki lego, a w dużym pokoju nad głowami ciągle jeszcze straszyła mapa świata w kolorach sepii. Ale nareszcie mogę odtrąbić zwycięstwo – mapa zniknęła bowiem pod grubą warstwą białej farby (a raczej primera do sufitów), a ja czuję satysfakcję z dobrze wykonanej, nikomu nie potrzebnej – bo kto normalny patrzy na sufit? – pracy.

Pokój Adka nadal nie ujarzmiony.

Na razie postanowiłam go przechytrzyć – zamówiłam 10 kartonów i mam zamiar tam to wszystko powsadzać. I wysłać w kosmos. (Zorganizować sprzedaż garażową? Wysłać Adkowi do akademika w Bonn? Postawić w pokoju i czekać aż znikną w innym wymiarze?). Nic bym z tym nie robiła, gdyby nie to, że muszę go odgruzować, bo siedlisko owe ma przejąć Mo, która obecnie śpi ze mną w moim łóżku i nie bardzo chce się przenosić, bo w tym wygodnym dla siebie układzie nie dość, że ma mamę pod bokiem, to cały nasz dom traktuje jak swój prywatny gabinet i człowiek się wiecznie potyka o jej arcydzieła porozrzucane wszędzie. Własny pokój ma być w tej sytuacji łapówką. Ale muszę go odgruzować, pomalować i upiększyć.

Dziś Mo siedzi sobie przy stole i coś tam skrobie: – ojej, jakie piękne, co to jest? Co jest tutaj narysowane? – Mo z pogardą wobec mojego braku obeznania w sztuce – To się nazywa ‚sketching’!

Jak widać jestem co najwyżej malarzem sufitowym.