Żaden inny tytuł nie pasuje, bo to taki zwykły sobie dzień, taki właśne wtorek. Ani to pełen wyzwań poniedziałek, ani też relaksujący piątek, środkowa środa, po której już bliżej niż dalej, tylko właśnie tak: wtorek.
Zabieram się do sprzątania pokoju Adka/Mo jak pies do jeża, albo rolnik do pisania książki. Samo sprzątanie nie jest takie trudne, ale zaraz za rogiem piętrzą się decyzje ‚a co zrobić z książkami?’, ‚A co zrobić z zeszytami Adka?’, ‚A szachy szklane? A gry na CD?’. Zapytałabym się Adka, ale ma jutro egzamin, więc dam mu dziś spokój. Najprościej byłoby mieć piwnicę albo duży strych i wszystko tam zanieść, a potem odkryć to po 20 latach, jak Adka dzieci będą robiły projekt do szkoły. Ale nie mam wnuków ani piwnicy, a strych by wymagał najpierw zamontowania podłogi, żeby można było na niej postawić pudła z tymi wszystkimi rzeczami, które są zupełnie niepotrzebne, ale wydają się takie ważne i nie można się z nimi rozstać. Zaraz po rzeczach Adka są prace Mo, które już zaczęły zajmować przestrzeń pod biurkiem. Trzeba je przejrzeć, podpisać, niektóre zostawić, resztę wyrzucić, jeśli nie chcę mieć w domu muzeum. Jak o tym myślę, to już mi się robi słabo, moje dzieci są takie kreatywne. I takie przywiązane do swojej twórczości.
Ale może to wszystko przez abberacje pogodowe. Wczoraj temperatura doszła do 33 stopni, absolutny rekord wszechczasów dla Irlandii. Dziś już niby mniej, ale jest duszno i burzowo. Siedziałabym tylko w fotelu i czytała książkę.