Trzeba jeździć w kasku

Dzięki okropnej fantastycznej diecie moja waga cały czas utrzymuje się w granicach ‚szczupłej studentki’ choć mam nadzieję, że jednak nie ‚z tyłu liceum, z przodu muzeum’.

Ale nadal trwają poszukiwania mleka, z którym kawa nie będzie tak bardzo obrzydliwa. Albo będzie choć trochę mniej. Rozstanie z owsianym okazało się trudniejsze, niż z krowim.

Ogród nadal zapuszczony, wszystkie prace ogrodowe stoją, bo muszę podgonić ważny projekt, a że to mi idzie jak po grudzie, więc ogród też czeka. A właściwie nie czeka, tylko rośnie, ale nie w tę stronę, co ja bym chciała.

Powojnik, którego spisałam na straty, kwitnie, a wiciokrzew, na którego liczyłam, został cały zjedzony przez jakąś mszycę i nie ma ani jednego pachnącego kwiatka!

Z pozytywów: przyjechała siostra (na prawie dwa tygodnie!) i jeżdżę z nią codziennie!

Niestey, siostra jest młodsza i nie jeździ po lewej stronie i chyba moja nieświadomość nie za bardzo ufa jej umiejętnościom, więc panikuję.

W sobotę jechaliśmy na trochę dłuższą wycieczkę i miałam ochotę założyć kask rowerowy.(Siostra z kolei mówi, że ma ochotę zapiąć pasy, jak jedzie rowerem;)

A pogoda okropna – od tygodnia 17 stopni i wieje. Siostra się przeziębiła i na razie nici z wyjazdu nad morze.