Nareszcie ciepło. Miałam już dość tych temperatur ledwo ledwo wdrapujących się w okolice 20 stopni. I to po południu, bo rano, jak Mo wychodziła do szkoły, termometr pokazywał nieodmiennie 13-15 stopni. Rodziło to niezbędną konieczność założenia porannej kurtki, choćby na czas drogi do szkoły na rowerze, który to przymus był co rano systematycznie i głośno oprotestowany przez Mo. A mnie, zostającą w domu, 18 stopni na chińskim hygrometro-termometrze w dużym pokoju zmuszało do włączenia ogrzewania, choćby na pół godziny.
Ale od trzech dni lato! Alleluja, cieszmy się, póki trwa.
Lato. Co oznacza, że mam wakacje.
Szerokie wody oceanu możliwości na razie mnie trochę przerażają, staram się zatem okiełznać jakoś tę wolność i, jak co roku, wyciągam Notesik Dręczyciela. Zielony zeszyt, w którym notuję plany i propozycje prac domowych i polowych.
A zatem szopa, a nawet SZOPA !!! z trzema wykrzyknikami, bo stara zakończyła już swój okres przydatności do użycia chyba z cztery lata temu. Dach dziurawy, woda wlewa się i moczy moje cebulki i nawozy, które po jednym sztormowym Irlandzkim sezonie nie nadają się do niczego. Ale nie ma sensu naprawiać dachu, bo ściany całe przegniłe i trzymają się na słowo honoru. A na dodatek Mi mówi, że może taka duża szopa nam nie potrzebna, bo zajmuje pół ogrodu i ‚wyobraź sobie, jakby tutaj było dużo przestrzeni, gdyby nie ta szopa!’ i tu zaczyna się moja zagwozdka i praca właściwie najcięższa: konceptualizacja. Nie potrzebna nam taka duża, ale w takim razie jaka? I gdzie rowery? Jeśli rowery nie w szopie, tylko przy bocznym wejściu, to trzeba by to jakoś zadaszyć – jak? Jeśli zadaszamy, to już trzeba to zrobić porządnie, a więc szykuje się większa robota. I droższa. Na którą nas aktualnie nie stać, bo kupiliśmy samochód i płacimy za naukę jazdy jak za zboże. A zatem wracamy do punktu wyjścia – co robimy z szopą? I tak w koło Macieju.
W Notesiku Dręczyciela jeszcze mam takie pozycje, jak ‚kominek w małym pokoju’ – to akurat praca najprostsza, dylemat ogranicza się do ‚cementujemy, czy gipsujemy?’, ‚pomalowanie pokoju Mo’ (co z rzeczamy Adka? Jeśli na stych, to trzeba by zrobić podest na strychu, żeby nie spaść do sypialni, jak moja koleżanka niedawno), ‚naprawa łóżka w pokoju Mo’, ‚drzwi i framugi na dole’ i jeszcze parę innych drobnych michałków, jak na przykład ‚rewitalizacja trawnika z przodu domu’, które od razu napawają mnie zrezygnowaniem.
Tak rewitalizowałam trawnik w zeszłym roku, że – po rozrzuceniu dwóch worów nawozu końskiego na jesieni – mam teraz jeszcze więcej chwastów, malowniczo poprzetykanych łysymi plackami.
Łóżko Mo, z kolei, to byłe łóżko Adka, z Ikei, w którym zostały doszczętnie połamane deseczki stanowiące jego dno. Nie mam pojęcia w jaki sposób Adek dał radę tak zdewastować ten mebel domowy, ale żal mi go wyrzucać, bo cała reszta jest dobra. Niestety, na stronie Ikei mimo, że niby można kupić wszystkie części do wszystkiego, AKURAT ta część do tego łóżka nie jest i nigdy nie była dostępna. Jedna ja, ta romantyczna, mówi ‚a kija tam, wyrzuć i wstaw tam na razie byłe łóżeczko Mo, jest jeszcze dobre’, a rozważna na to ‚przecież takie deseczki można kupić, przyciąć, dopasować, dokręcić i voila!’. I tak się kłócą, a ja nie mogę podjąć ostatecznej decyzji.
Ale najważniejsze, że jeżdżę.
Dziś miałam 36. i 37. godzinę jazdy z instruktorem. Jest dobrze. Lubię to. Prawie wiatr we włosach, gdybym miała otwarte okna. Ale egzaminu jeszcze nie zdam.