Ponad dwa tygodnie sama w Polsce. Bez męża i dzieci, za to z mamą, tatą, siostrą jedną i siostrą drugą i przyjaciółką. I przyjaciółmi. Długie śniadanie z mamą, rozmowy z siostrami, odwiedziny u przyjaciół, wyjazdy w góry.
Jakbym wróciła do czasu liceum.
Jak cudownie było nie być mamą i żoną! Być samą sobą. Przez dwa tygodnie. Choć raz na jakiś czas.
Pojechać w góry z przyjaciółką z liceum, oglądać kiczowate zachody słońca, śpiewać i pić wódkę/wino/cydr przy ognisku.
Joie de vivre.
Nawiązać kontakt z tym zachwytem światem i radością życia, która gdzieś tam się w środku schowała.
Tak wiem, że nie można tak cały czas żyć, że trzeba być dorosłym i odpowiedzialnym, trzeba pracować i płacić rachunki i dzieci zawozić do szkoły i gotować i sprzątać i chodzić na zebrania i kosić trawniki.
Ale tak zupełnie zupełnie bez tego, to człowiek robi się zasadniczy. Suchy, smutny i nudny. Osowiały i kanciasty. W sztuczkowych spodniach ze skwaszoną miną ma za złe.
Jutro już będę poukładana i dorosła.
… i wszystko wróci do normy
Będziemy zorganizowani i poważni, uczesani i przezorni…
A wy – uwalniacie czasem swoje id? Żeby poczuć tę energię życia, tę radość, to zakochanie, to szaleństwo?
Pozwalacie sobie na to?