Ta pogoda to jakiś żart

Kolejny dzień tydzień temperature w okolicach 17 stopni, no i gdzie te upały? Wczoraj to nawet Mi pojechał do pracy autobusem, bo tak lało, że rowerem było ciężko.

Nad morze nie chce się jechać, bo zimno i wieje (choć ja moge się kąpać przy każdej pogodzie).

Siostra chora, Mo chora, Mi trochę chory. I zamiast jeździć na wycieczki, siedzimy w domu.

Wpadłam w jakiś marazm i nie chce mi się odhaczać prac domowych. Tylko kominek przyczepiony, ale teraz by trzeba papierem ściernym wyrównać i pomalować całą ścianę. Prysznic spadł i się złamał, trzeba wymienić. Do pokoju Mo kupiłam farbę i to na razie tyle. A projekt pracowy leży odłogiem, bo z siostrą i dzieckiem w domu trudno mi się skupić. Książek nie czytam, bo mam wtedy wyrzuty sumienia, że nic nie robię.

I tak kończy się na oglądaniu wypadków samochodowych na Reddicie ;D

Pilnuję tylko jeżdżenia samochodem. Jeżdżę codziennie, ale cały czas ściska mnie ze strachu, że zaraz wydarzy się jakaś katastrofa. Kiedy to mija? Mi, który podobno jeździ gorzej ode mnie, w ogóle się boi. Czy faceci są po prostu bardziej pewni siebie?

Trzeba jeździć w kasku

Dzięki okropnej fantastycznej diecie moja waga cały czas utrzymuje się w granicach ‚szczupłej studentki’ choć mam nadzieję, że jednak nie ‚z tyłu liceum, z przodu muzeum’.

Ale nadal trwają poszukiwania mleka, z którym kawa nie będzie tak bardzo obrzydliwa. Albo będzie choć trochę mniej. Rozstanie z owsianym okazało się trudniejsze, niż z krowim.

Ogród nadal zapuszczony, wszystkie prace ogrodowe stoją, bo muszę podgonić ważny projekt, a że to mi idzie jak po grudzie, więc ogród też czeka. A właściwie nie czeka, tylko rośnie, ale nie w tę stronę, co ja bym chciała.

Powojnik, którego spisałam na straty, kwitnie, a wiciokrzew, na którego liczyłam, został cały zjedzony przez jakąś mszycę i nie ma ani jednego pachnącego kwiatka!

Z pozytywów: przyjechała siostra (na prawie dwa tygodnie!) i jeżdżę z nią codziennie!

Niestey, siostra jest młodsza i nie jeździ po lewej stronie i chyba moja nieświadomość nie za bardzo ufa jej umiejętnościom, więc panikuję.

W sobotę jechaliśmy na trochę dłuższą wycieczkę i miałam ochotę założyć kask rowerowy.(Siostra z kolei mówi, że ma ochotę zapiąć pasy, jak jedzie rowerem;)

A pogoda okropna – od tygodnia 17 stopni i wieje. Siostra się przeziębiła i na razie nici z wyjazdu nad morze.

Lato

Nareszcie ciepło. Miałam już dość tych temperatur ledwo ledwo wdrapujących się w okolice 20 stopni. I to po południu, bo rano, jak Mo wychodziła do szkoły, termometr pokazywał nieodmiennie 13-15 stopni. Rodziło to niezbędną konieczność założenia porannej kurtki, choćby na czas drogi do szkoły na rowerze, który to przymus był co rano systematycznie i głośno oprotestowany przez Mo. A mnie, zostającą w domu, 18 stopni na chińskim hygrometro-termometrze w dużym pokoju zmuszało do włączenia ogrzewania, choćby na pół godziny.

Ale od trzech dni lato! Alleluja, cieszmy się, póki trwa.

Lato. Co oznacza, że mam wakacje.

Szerokie wody oceanu możliwości na razie mnie trochę przerażają, staram się zatem okiełznać jakoś tę wolność i, jak co roku, wyciągam Notesik Dręczyciela. Zielony zeszyt, w którym notuję plany i propozycje prac domowych i polowych.

A zatem szopa, a nawet SZOPA !!! z trzema wykrzyknikami, bo stara zakończyła już swój okres przydatności do użycia chyba z cztery lata temu. Dach dziurawy, woda wlewa się i moczy moje cebulki i nawozy, które po jednym sztormowym Irlandzkim sezonie nie nadają się do niczego. Ale nie ma sensu naprawiać dachu, bo ściany całe przegniłe i trzymają się na słowo honoru. A na dodatek Mi mówi, że może taka duża szopa nam nie potrzebna, bo zajmuje pół ogrodu i ‚wyobraź sobie, jakby tutaj było dużo przestrzeni, gdyby nie ta szopa!’ i tu zaczyna się moja zagwozdka i praca właściwie najcięższa: konceptualizacja. Nie potrzebna nam taka duża, ale w takim razie jaka? I gdzie rowery? Jeśli rowery nie w szopie, tylko przy bocznym wejściu, to trzeba by to jakoś zadaszyć – jak? Jeśli zadaszamy, to już trzeba to zrobić porządnie, a więc szykuje się większa robota. I droższa. Na którą nas aktualnie nie stać, bo kupiliśmy samochód i płacimy za naukę jazdy jak za zboże. A zatem wracamy do punktu wyjścia – co robimy z szopą? I tak w koło Macieju.

W Notesiku Dręczyciela jeszcze mam takie pozycje, jak ‚kominek w małym pokoju’ – to akurat praca najprostsza, dylemat ogranicza się do ‚cementujemy, czy gipsujemy?’, ‚pomalowanie pokoju Mo’ (co z rzeczamy Adka? Jeśli na stych, to trzeba by zrobić podest na strychu, żeby nie spaść do sypialni, jak moja koleżanka niedawno), ‚naprawa łóżka w pokoju Mo’, ‚drzwi i framugi na dole’ i jeszcze parę innych drobnych michałków, jak na przykład ‚rewitalizacja trawnika z przodu domu’, które od razu napawają mnie zrezygnowaniem.

Tak rewitalizowałam trawnik w zeszłym roku, że – po rozrzuceniu dwóch worów nawozu końskiego na jesieni – mam teraz jeszcze więcej chwastów, malowniczo poprzetykanych łysymi plackami.

Łóżko Mo, z kolei, to byłe łóżko Adka, z Ikei, w którym zostały doszczętnie połamane deseczki stanowiące jego dno. Nie mam pojęcia w jaki sposób Adek dał radę tak zdewastować ten mebel domowy, ale żal mi go wyrzucać, bo cała reszta jest dobra. Niestety, na stronie Ikei mimo, że niby można kupić wszystkie części do wszystkiego, AKURAT ta część do tego łóżka nie jest i nigdy nie była dostępna. Jedna ja, ta romantyczna, mówi ‚a kija tam, wyrzuć i wstaw tam na razie byłe łóżeczko Mo, jest jeszcze dobre’, a rozważna na to ‚przecież takie deseczki można kupić, przyciąć, dopasować, dokręcić i voila!’. I tak się kłócą, a ja nie mogę podjąć ostatecznej decyzji.

Ale najważniejsze, że jeżdżę.

Dziś miałam 36. i 37. godzinę jazdy z instruktorem. Jest dobrze. Lubię to. Prawie wiatr we włosach, gdybym miała otwarte okna. Ale egzaminu jeszcze nie zdam.

Wróciłam

i od razu wpadłam w organizację szkolnego kiermaszu. Lot opóźniony, byłam dopiero o 3 rano w domu, więc możecie sobie wyobrazić jak bardzo mi się nie chciało, no ale kto, jak nie my? Uczyłam dzieci strzelać z łuku, dobrze, że wzięłam męża, bo kolejka do łuku i tarczy się nie kończyła przez bite trzy godziny. A tak mogliśmy się zmieniać.

Wstęp na kiermasz ‚z jedzeniem’ kosztował 5 euro od osoby, za tę kwotę każdy dostał hamburgera (były też wege!) i szklankę soku. I oczywiście trzy godzinne szaleństwo dla dzieci: robienie gigantycznych baniek, skakanie w kabla, granie w badmingtona, wystrzelenie rakiety, rysowanie, abirynty i malowanie twarzy.

Zabawy i kiermasze połączone ze zbieraniem pieniędzy na potrzeby szkoły są tutaj bardzo popularne. Żelaznym punktem każdego roku szkolnego jest tzw. Pub Quiz z nagrodami i donacjami, ze dwa szkolne kiermasze, na które rodzice przynoszą ciasta i słodycze oraz wszystko to, co zawadza im w domu, a może znaleźć nowego chętnego, spacery bądź biegi ze zbieraniem datków, Dzień Piżamy, kiedy dzieci przychodzą do szkoły w piżamach, za drobną opłatą. Mamy też zabawy okolicznościowe: przed Wielkanocą jest Zrzucanie Jajek z Dachu Szkoły, gdzie dzieci z rodzicami robią w domu urządzenie, w którym jajka nie potłuką się, kiedy dyrektor z nauczycielami będzie je uroczyście zrzucał z dachu szkoły, Christmas Jumper day, czyli dzień swetra Bożonarodzeniowego, oczywiście połączony z darowizną 2 euro, jeśli ktoś chce się przebrać, rodzice często kupują kartki Bożonarodzeniowe zaprojektowane przez dzieci, oczywiście za drobną opłatą itd itp.

Dobroczynność i zbiórki na rzecz szkoły uznawane są w Irlandii za coś obowiązkowego i każdy szanujący się rodzic nieustannie wyraża (czasem udawany) entuzjazm biorąc udział w niezliczonych projektach i zabawach. Oczywiście płatnych. Zastanawiałam się kiedyś, czy nie szybciej i łatwiej byłoby po prostu powiedzieć rodzicom ‚zrzućcie się jeszcze po 50 euro, jeśli dacie radę’, ale te różniste imprezy mają oczywiście też dodatkową funkcję integracji rodziców i uczniów. Bo nigdy nie chodzi tylko o kasę.

W sobotę poszliśmy więc się integrować i pokazywać, że jesteśmy porządnymi członkami społeczności szkolnej, podczas gdy Mo szalała z koleżankami i kolegami.

Na lotnisku

Ponad dwa tygodnie sama w Polsce. Bez męża i dzieci, za to z mamą, tatą, siostrą jedną i siostrą drugą i przyjaciółką. I przyjaciółmi. Długie śniadanie z mamą, rozmowy z siostrami, odwiedziny u przyjaciół, wyjazdy w góry.

Jakbym wróciła do czasu liceum.

Jak cudownie było nie być mamą i żoną! Być samą sobą. Przez dwa tygodnie. Choć raz na jakiś czas.

Pojechać w góry z przyjaciółką z liceum, oglądać kiczowate zachody słońca, śpiewać i pić wódkę/wino/cydr przy ognisku.

Joie de vivre.

Nawiązać kontakt z tym zachwytem światem i radością życia, która gdzieś tam się w środku schowała.

Tak wiem, że nie można tak cały czas żyć, że trzeba być dorosłym i odpowiedzialnym, trzeba pracować i płacić rachunki i dzieci zawozić do szkoły i gotować i sprzątać i chodzić na zebrania i kosić trawniki.

Ale tak zupełnie zupełnie bez tego, to człowiek robi się zasadniczy. Suchy, smutny i nudny. Osowiały i kanciasty. W sztuczkowych spodniach ze skwaszoną miną ma za złe.

Jutro już będę poukładana i dorosła.

… i wszystko wróci do normy
Będziemy zorganizowani i poważni, uczesani i przezorni

A wy – uwalniacie czasem swoje id? Żeby poczuć tę energię życia, tę radość, to zakochanie, to szaleństwo?

Pozwalacie sobie na to?

Pierwszy tydzień: Rodzice

Minął tydzień w Polsce, jeszcze tydzień przede mną.

W głowie powoli robi się więcej miejsca, wrażenia, olśnienia i przeżycia układają się i tworzą zręby pamięci.

Mama krucha, nawet nie słabsza, ale umysł się jakby częściej wyłącza, prawie słychać jak te trybiki z trudem obracają się, by tworzyć myśli. Mam wrażenie, jakby rano trzeba było ją zastartować, włączyć myślenie jak się włącza samochód, czasem podładować akumulator, wrzucić parę tematów, żeby pobudzić kognicję, dodać gazu kontrowersyjnymi stwierdzeniami, czymś, co ja pobudzi emocjonalnie, żeby krew szybciej zaczęła krążyć, ale nie za bardzo, bo wtedy myśli buksują na jałowym biegu.

(Metafory godne pertrolhead!)

Jak już się rozkręci, to zupełnie przytomnie rozumuje i naprawdę dużo pamięta, momentami tylko silnik gaśnie i patrzy na mnie nieprzytomnie, póki jej nie przypomnę, o czym rozmawiałyśmy. Ale nie jest źle. Szkoda, że przez bardzo słaby wzrok nie może czytać (i to od wielu lat, niestety), to by ją pobudzało intelektualnie. Parę razy próbowaliśmy z audiobookami, ale z tym już sobie nie radzi, może dlatego, że tam też trzeba czytać przyciski i instrukcje. Telewizji nie ogląda, oddali z ojcem koledze telewizor od brata, może to i lepiej, jakby tam miała TVP lecieć;D

Ale trzeba ją pilnować, nie ma za dużo siły, mnóstwo chorób i parę problematycznych skłonności, nie jest poukładana i systematyczna, odstawia niektóre leki, jak uważa, że już jej nie potrzeba, kolekcjonuje zużyte chusteczki i ręczniki papierowe, ma skłonności do zbieractwa, zachowywania wszystkich rzeczy na potem, na kiedyś, na przyszłość. A że nie za dobrze widzi, to wszystko wydaje się zapomnianym przyszłym skarbem i trudno jej wyrzucić cokolwiek.

Ojciec lepiej, mimo, że ma duże kłopoty z pamięcią. Ale dużo czyta, słucha i ogląda na necie, szkoda, że takich kretynów (Grzegorz Braun, no proszę, ręce opadają). Podyskutować lubi, specjalnie go podpuszczam, wygłaszam kontrowersyjne poglądy, albo się zupełnie z nim zgadzam, nagle i niespodziewanie. Czyta po polsku, rosyjsku i angielsku, przemyśliwuje, choć mam wrażenie, że im jest starszy, tym bardziej pozwala sobie na fantazyjne poglądy, skrajne i ekstremistyczne. Ale za bardzo się nie kłócimy, bo jednak nie może mi niczego zarzucić ani dotknąć do żywego – żyję grzeczniej niż niejeden Polak katolik patriota;D Jeden mąż, biologiczne dzieci, żadnych zdrad i afer, dziwnych długów, nałogów, rozwodów ani dramatów. Mimo, że popieram LGBTQI+, nie mam nic przeciw niebinarnym i płynnym genderom, jestem lewaczką, a dzieci nie ochrzczone ;D

A na weekend byłam w tak pięknym miejscu, że bardzo chciałabym Wam je pokazać, ale mam zdjęcia tylko z moimi ludźmi w kadrze. Kotlina Kłodzka – znacie? Jeszcze ciągle mniej popularna niż Karkonosze, nie tak bardzo turystyczna, ale znowu skradła mi serce.