Nie piszę, bo praca

Muszę sprawdzić 130 esejów i egzaminów przed wyjazdem do Adka. Zostało mi trochę ponad tydzień, więc codziennie siedzę po dziesięć godzin, z przerwami.

Co mnie podkusiło, żeby kupować bilety na 5 maja, w środku okresu egzaminacyjnego?? Zadałam sobie to pytanie po raz kolejny wczoraj, kiedy musiałam sprawdzać prace z 39.5 stopni gorączki (przynajmniej tyle pokazywał mój termometr). Jestem chora, to nie covid, tylko katar z temperaturą, żadnych innych objawów, jakieś dziwne cholerstwo, Mi też chory, a zaczęło się oczywiście od Mo, która była chora przez cały tydzień po Waterford. Przez cztery dni miała tak wysoką temperaturę, której nie dało się za bardzo zbić, że oczywiście zaczęłam podejrzewać sepsę, koszmar każdego rodzica, i wylądowaliśmy na pogotowiu, gdzie po paru godzinach czekania na lekarza i kolejnej dawce paracetamolu gorączka spadła jej na tyle, że poszłyśmy do domu, bez widzenia się z lekarzem. Kiedy pielęgniarka jej zmierzyła miała jeszcze 38.8 a już dużo lepiej się wyglądała, zastanawiam się ile miała w domu, kiedy leciała przez ręce. Muszę ukraść mamie termometr rtęciowy, bo te elektroniczne g… nigdy nie pokazują właściwej temperatury.

Rodzinny następnego dnia przepisał jej antybiotyk, bo już się coś w płucach zaczynało. Teraz już dobrze.

Dzisiaj kupiłam samochód

Bez wiedzy mojego męża.

Dzwoniłam 20 razy, ale był nieosiągalny, dałam mu czas i poszłam na kawkę, dalej nic, więc podjęłam męską decyzję i zapłaciłam zaliczkę. Nie żebym potrzebowała jego błogosławieństwa, ale chyba lepiej takie rzeczy uzgadniać z partnerem życiowym, nie? No, ale skoro to ja siedzę w l/100 km, przebiegach, wersjach, silnikach i bateriach hybrydowych od dwóch miesięcy, to sama sobie dałam błogosławieństwo, wyciągnęłam 500 euro z bankomatu i rzuciłam plikem banknotów na stół;D Nie wiem skąd mi przyszło do głowy wyciągać kasę i płacić gotówką, wygląda na to, że poczułam się jak na filmie amerykańskim, może dlatego, że miałam na sobie okulary przeciwsłoneczne. Diler zapytał się tylko, czy resztę również zapłacę gotówką.

Zgadnijcie jaka marka i model? 😀

Siłą rozpędu

Ściągnęłam nogę z gazu, ale jeszcze pędzę.

Na Święta wszystkim odmówiliśmy i możemy się trochę polenić, to znaczy spędzić czas dokładnie tak, jak nam w duszy gra.

A bardzo mi tego brakowało, bo przez cały ostatni tydzień ciągle jeszcze to i tamto, zajęcia, sprawdzanie prac, zgłoszenie do projektu do czwartku wieczorem, gość na ostatni wykład nie mógł przyjść, więc praca, zobowiązania i kombinowania. Tak biegałam goniąc własny ogon, że w ogóle do mnie jeszcze nie dotarło, że to koniec roku akademickiego, czyli idziemy sie upić. Takie uczucie.

Wiosna, kwitną jabłonie, pachnie skoszona trawa, czas rozpiąć płaszcz i zrobić coś głupiego.

Z tego rozpędu w piątek sprzątnęłam jeszcze całe mieszkanie, okna, podłogi, drzwi, stoły, kominek, kwiaty, wszystko, osoby święte mogą wpadać na inspekcję, a w sobotę zaskoczyło mnie uczucie, że nic nie muszę.

Niemożliwe.

W dodatku pełnia (w którą nie wierzę). Nie mogłam sobie miejsca znaleźć i po nauce jazdy zarządziłam bieganie. I dopiero siedem kilometrów mnie uspokoiło (47 minut). Dziś czuję wszystko w mięśniach, bo naprawdę dawno, dawno nie biegaliśmy.

Po nocach śnią mi się Hondy. W dzień szukam, dzwonię do dilerów, umawiam się na oglądanie, łapię okazje, które okazują się pułapką. W mieście Frei (kto pamięta F?) znalazłam dilera z siedemnastoma Hondami, wszystkie w naszym budżecie, więc szybko telefon do F, czy możemy przyjechać, połączyć przyjemne z pożytecznym, potem telefon do dilera i oczywiście okazało się, że została tylko jedna jedyna Honda, która w dodatku jest importem z Japonii, a to oznacza kłopoty. Jedyna ubezpieczalnia, która zgodziła się nas ubezpieczyć wyceniła usługę na … (nie zakrztuście się kawą) … 6300 euro rocznie.

Ale tak się nakręciłam, że Freyę zobaczę, a z nią się naprawdę fajnie gada, że jedziemy w poniedziałek we dwie z Mo. Zrobimy sobie wycieczkę, poogladamy sobie samochód, nie kupujac, pogłaskamy psy i nagadamy się z F za wszystkie czasy. A wiecie, że F była instruktorką prawa jazdy w Polsce? Namawiam ją, żeby zrobiła uprawnienia w Irlandii, bo tu wszystkie szkoły zajęte do pół roku naprzód.

Żarówka

Studenci uciekli mi z zajęć, więc może coś napiszę. Ostanie zajecia, w domu, godzina online – potem do szkoły na trzy godziny, potem znowu online wieczorem w domu. Już wiadomo, że taki mieszany system będzie też w przyszłym roku, nie jest to złe rozwiązanie, bo niektóre rzeczy można ze studentami zrobić online a niektóre w klasie, najgorsze są zajęcia hybrydowe, kiedy część siedzi w domu, a część w klasie, a całość jest nagrywana. Wykładowca przez cały czas czuje się jakby się drapał w lewe ucho przez pachę – ci w klasie nie mają jak czytać materiałów (od roku nie możemy drukować artykułów na zajęcia), ci online siedzą przy wyłączonych kamerach i nie regaują, nie wiadomo, czy śpią, czy nie żyją, czy tylko na chwilę poszli po kawę.

Ostatni tydzień zajęć.

Jeszcze tego nie czuję, jeszcze jestem bardzo zajęta nowym projektem, o którym wspominałam w poprzednim poście, gdzie właśnie jestem na etapie ‚bycia w d…’, Mi pociesza, że najgorzej jest, jak d…. jeszcze nie widać.

Ale w poniedziałek trochę rozkleiłam się sentymentalnie, skończyłam zajęcia z jedną grupą, gdzie prawie same dziewczyny na socjologii rodziny, nie ma egzaminu, więc właściwie rozmawiamy o czym nam tylko w duszy zagra, byle w miarę w temacie. Przez ostatnie cztery tygodnie debatowaliśmy o ludzkiej seksualności w kontekście rodziny i nie tylko, oglądaliśmy sobie takie filmiki jak na przykład ten, który, jak stwierdzili studenci choć zabawny, jednak za bardzo upraszcza TE SPRAWY. Cudowne zajęcia, na które przynosiłam temat i nigdy nie kończyłam slajdów, bo dyskusja zabierała nas w takie odległe rejony, że trudno było wrócić.

Święta za cztery dni. W tym roku podchodzę do nich jak do (mięsnego) jeża. Nie jestem wierząca, więc wymiar religijny do mnie nie przemawia, wymiar symboliczny jest ciekawy (odrodzenie natury, nowe życie i tak dalej), ale mam wrażenie, że symbolicznie świętuję już od początku marca, od kiedy kwiaty powyłaziły z ziemi. Nie mogę jeść jajek, Mi weganin, Mo nie bardzo lubi, nie mogę sernika, który kocham, ani żurku (gluten) i tak odechciało mi się gotowania zupełnie. W dodatku rok temu, na Wielkanoc właśnie, zupełnie postradała zmysły pewno bliska osoba z rodziny, symbolika śmierci, ukrzyżowania i zmartwychwstania widać ją przerosła i tak pozamiatała, że nie było co zbierać. Do dziś zmysłów nie odzyskała i nadal zastanawiamy się, co się u niej dzieje, choć przyznam, że z pewną ulgą, że to już nie nasz problem. Z maili, które czasem dostajemy (choć staramy się unikać wymiany korespondencji, bo nieodmiennie prowadzi to do litanii oskarżeń, ponurych fantazji, odlejonych projekcji i nieprzyjemnych podejrzeń) wiemy, że żyje, choć jest jej bardzo ciężko, ale jak można pomóc osobie, która nie chce dać sobie pomóc.

To jak w tym kawale: ilu potrzeba psychoterapeutów, żeby odkręcić żarówkę? Jeden, ale żarówka musi bardzo chcieć.

Z rzeczy pozytywnych: kupujemy samochód. Jak ogromnie pozytywna będzie to zmiana w naszym życiu poczułam wczoraj, kiedy musiałam wziąć siebie i Mo na badania. Nie daleko, obie wizyty blisko siebie przestrzennie i czasowo, do załatwienia za jednym zamachem. Dopiero zaczynało lekko kropić, jak wyjeżdżałyśmy na rowerze i choć przemknęła mi myśl o taksówce, oznaczałoby to cztery taksówki, a nie jedną, więc rower wydawał się takim idealnym środkiem transportu. Finalnie spędziłyśmy ponad cztery godziny poza domem, z czego połowę czasu w strugach deszczu, a połowę w zupełnie mokrych ubraniach w gabinetach lekarskich. Nawet w kafejce, gdzie wstąpiłyśmy pomiędzy wizytami, Mo ciągle się trzęsła z zimna w przemoczonej sukience, a gorąca czekolada pomogła jedynie na krótką chwilę, bo potem musiałyśmy założyć ociekające wodą kurtki i rękawiczki. Mo była bardzo dzielna i przez całą drogę w ogóle nie marudziła, strumienie deszczu jej spływały po kasku prosto na twarz i pod kurtkę, a ona zamykała oczka i coś sobie cicho śpiewała.

Ale coś tam zaoszczędziliśmy, dostałam też pożyczkę i jak jej nie wydam za szybko, to wkrótce będziemy mieli samochód! Codziennie śledzę ogłoszenia i wyraźnie jestem już ekspertem od okazji, bo kiedy się decyduję i dzwonię, że chcę kupić, okazuje się, że już sprzedane. Po wielu przemyśleniach i konsultacjach, i pójściu po rozum do głowy względem skrzyni biegów, stanęło na Hondzie Jazz, albo Toyocie Aqua, automacie, hybrydzie, młodszej niż 10 lat, bo starszej nie będziemy mogli ubezpieczyć. Ubezpieczenie na nas dwoje wariatów bez tzw. pełnego prawa jazdy to i tak 1500 euro na rok, ale niektóre ubezpieczalnie życzą sobie nawet ponad 3000 e.

Czas się zbierać do szkoły.

π razy drzwi

Wiosna przyszła i poszła, zostało tylko słońce. Dobre i to, choć jest bardzo zimno.

Ostatnie dwa tygodnie wykładów, byłabym w bardziej radosnym nastroju, gdyby nie nieprzespana noc. Mo znowu chora – katar, kaszel, świszczenie. Całą noc mnie kopała, a ja nadsłuchiwałam, czy się już dusi. Ale nie musiałam ją trzymać w pozycji pionowej, czyli nie jest tak tragicznie, jak ongiś bywało. Zastanawiałam się, czy iść z nią dziś do lekarza, ale jak pomyślę o telefonicznej rejestracji i testach na covid, to mi się odechciewa, zważywszy, że też nie bardzo wiem, co by lekarka pomogła. Na razie trochę zwiekszylam sterydy i włączyłam Ventolin i czekamy, aż sobie organizm sam poradzi. Noc była kiepska, ale od rana jest w dobrym humorze i najważniejsze, że nie mówi, żeby jej się ciężko oddychało.

W pracy względny spokój końca roku, mam trochę mniej pracy niż przez ostatnie miesiące, ale ogarnął mnie jakiś okropny marazm, jestem zmęczona, marudna i nic mi się nie chce.

Z pewnymi wyrzutami sumienia kupiłam bilety do Kolonii i Brukseli – dokładnie w jego urodziny, lecimy odwiedzić Adka. Pięć dni, Kolonia, Bonn, Bruksela, nic jeszcze nie zaplanowałam, mamy tylko bilety, trzeba będzie poszukać noclegów, pociągów, miejsc wartych zwiedzenia, wyrzuty sumienia uspokajam 25 rocznicą związku, mniej-więcej. Bo skoro Adek kończy 23 lata, to musieliśmy być ze sobą co najmniej 9 miesięcy przed i jeszcze trochę, i tak na oko, pi razy drzwi, wychodzi właśnie ćwierć wieku.

Wczoraj byłam w aptece i bardzo mnie rozśmieszyły ramki do zdjęć pamiątkowych – były takie z napisem z małych diamencików na 10 lecie, 20 lecie i 40 lecie, i te na 40 lecie były przecenione.

Adek zdał najtrudniejszy egzamin w swoim życiu, nie super, ale wystarczająco, i mówi ‚mama, ale to jest taka dziedzina matmy, że niektórych działów nawet jeszcze w polskiej Wikipedii nie ma!’. Bardzo dumny z siebie, a ja dumna z niego. Po raz kolejny zastanawiam się, w jaki sposób to, że miał w Irlandii tak ciężko, wpłynęło na jego wybory życiowe – bo kiedy poszedł tutaj do szkoły i nie rozumiał ani słowa z tego, co mówi nauczyciel, jedyne co potrafił, to rozwiązać zadania z matmy na tablicy. Bo π r2 to zawsze to samo, po polsku i po angielsku.