Dobrze, że tej Marzanny nie utopiłam

A wiosna przyszła pieszo

Tak wygląda nasza codzienna droga ze szkoły. To znaczy przeważnie tak NIE wygląda, bo jest zimno i piździ wieje, oraz leje, ale oto przyszła wiosna i możemy się cieszyć ptakami dziwakami, łabędziami i kaczkami.

Ta wojna nas tutaj tak nie dotyka. Jesteśmy daleko (albo przynajmniej tak nam się wydaje). Tutaj wszyscy współczują Ukrainie, trochę się martwią losem Ukraińców, ale potworności tej wojny nie orzą duszy, jak w Polsce. Moja szkoła zorganizowała zbiórkę darów, zastępca premiera ogłosił, że przyjmie rodzinę ukraińską do swojego domu, ale wygląda to bardziej na polityczny gest, niż prawdziwe wyrzeczenie. Kiedy rozmawiam z rodziną z Polski (albo czytam blogi) wyczuwam potworny strach przyczajony pod codziennością. Poczucie katastrofy, przerażenie potwornościami, które się tam dzieją jest wręcz namacalne.

A Irlandczycy żyją spokojnie.

Propozycja

Dostalam ciekawa propozycje w pracy. Podjelam sie czego, co od dawna bylo dla mnie wyzwaniem i jest zwiazane z tym, o czym od dluzszego czasu myslalam (marzylam?). Ale czy dam rade? Bardziej prestiz niz pieniadze, ale za pieniadze pracuje juz od dawna, moze czas na troche prestizu.

Odzywaja sie wszystkie moje kompleksy, najchetniej teraz wsadzilabym glowe pod koldre i sie schowala. I zeby nikt mnie nie widzial. Przeciez ja nic nie umiem i jestem nikim! Moj Mi nigdy nie ma takich rozkminek. Nie wiem, czy jest to zwiazane z byciem kobieta, czy po prostu byciem mna.

I teraz przemysliwuje – czy ja naprawde tego chce? Czy sie nadaje? Czy to jest cos dla mnie? Czy chce tego, bo jest to prestizowe, czy naprawde mnie to kreci?

Ciekawe, ze propozycja przyszla, jak zrobilam troche miejsca w moim zawodowym zyciu – zrezygnowalam z czesci zajec. Jak sobie w glowie poukladalam, ze nie musze tak duzo zarabiac i nie musze pracowac na okraglo. Ze nareszcie, dzieki pracy Mi, mamy tzw. bezpieczenstwo finansowe.

Czy jest to cos duzego? Obiektywnie nie, ale dla mnie tak. Bo byloby przelamaniem mojego wewnetrznego oporu, wyjsciem ze strefy komfortu. (Tak naprawde kon by sie usmial – bo bardzo niekomfortowo mi dalej w mojej strefie komfortu).

I na koniec optymistycznie: trudno sobie wyobrazic, ze Putin, ktos, kto tak obsesyjnie boi sie Coronawirusa, nie balby sie bomby atomowej;D

Tak, życie pomimo płynie normalnie

Nie mamy telewizji w domu, więc nie czuję się napastowana obrazami wojny i potworności, ,the medium is the message’ jak pisał McLuhan i kiedy wiadomości się czyta, a nie ogląda ,człowiek nie odbiera tego tak boleśnie, tak emocjonalnie, tak bezpośrednio. Nie wiem, czy to lepiej czy gorzej, na pewno pomaga chronić swoją psychikę przed obrazami terroru, wdzierającymi się w duszę jak pożar.

A w sobotę były moje urodziny. Naspraszałam gości, gdyż w końcu po dwóch latach po raz pierwszy mogliśmy kogoś w domu ugościć, ale i tak musiałam się ograniczać, bo już przy dziesięciu osobach z dziećmi było ciasno. Z tradycyjnych polskich potraw zrobiłam to, co zwykle, czyli polską pizzę (na cieście drożdżowym) i syryjską sałatkę z zielonej pszenicy z granatem, miętą i pistacjami. Absolutny HIT wszelkich przyjęć, dwie osoby poprosiły o przepis. I bigos, który uwielbia wielu naszych Irlandzkich znajomych. Nakupiłam alkoholu, głównie bezalkoholowego, oraz cydru. Starzejemy się, bo cała bateria piw bezalkoholowych została wypita, a w kuchni do dzisiaj stoi 30 butelek cydru. I dwa wina. Na urodziny dostałam prawdziwy OBRAZ:

(Mo nazwała ją wróżką cycuszką).

Wszystkich gości zaprosiłam spontanicznie, zaledwie tydzień wcześniej pomysł mi wpadł do głowy, a po paru dniach już mi się odechciało – ale po co? ale czemu sobie biorę na głowę dodatkową robotę? – tym bardziej, że Mi ma akurat znowu jakieś szkolenie w pracy i projekt na zaliczenie dziś, więc był wyłączony z pomagania.

Ale miałam wrażenie, że wszystkim brakowało takiego spotkania, swobodnych rozmów na tematy polityczne i obyczajowe. Posiedzenia, posączenia drinków i pogadania. Ludzie muszą się spotkać twarzą w twarz, nawet w czasie wojny (a kiedy nie było na ziemi wojny, to inne pytanie).

Teorie spiskowe mnożą się jak króliki, moze jestem optymistką, ale czekam, kiedy ruscy ogłoszą, że Putin był tajnym współpracownikiem USA i jego działanie było antyrosyjskie. I go wsadzą do łagru.

Z siekierą na strychu

Dobrzy jesteśmy w takich zrywach podykowanych odruchami serca, w pospolitym ruszeniu na ratunek światu. Czytam jak Polacy pomagają, przyjmują do swoich domów, goszczą, pocieszają, a moje rodzinne ukochane miasto jest podobno szczególnie gościnne. W sumie nic dziwnego, duża część mieszkańców to potomkowie (nomen omen) uchodźców z Ukrainy sprzed ponad 70 lat. Lwów zawsze we Wrocławiu cieszył się wielką estymą, profesorowie ze Lwowa wykładali na Wrocławskim Uniwersytecie, moją mamę uczył słynny Hugo Steinhaus (a mnie statystyk ze Lwowa, ś.p. prof. Iwanuś).

Mama urodziła się na Ukrainie i musieli stamtąd uciekać w 1943. Babcia była nauczycielką na podlwowskiej wsi, uczyła polskie i ukraińskie dzieci. Pewnej nocy zapukał do niej Ukrainiec ‚pani Regina, pani bierze dzieci i się chowa. Teraz’. Miała 32 lata jak schowała się na strychu z dwójką malutkich dzieci – mama miała trzy latka, a wujek roczek. Babcia była w ciąży. Stanęła z siekierą nad włazem na strychu, gotowa zaciukać każdego żołdaka, który się pojawi. Często wobrażam sobie tę scenę – dziadek gdzieś w AK, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy wróci, dwójka dzieci schowana w sianie na strychu, na razie nie kwili, babcia się modli, błaga, żeby nie zapłakały, przycupnęła zmęczona koło włazu z siekierą w ręku, nadsłuchuje, godzina po godzinie, na chwilę przyśnie, oparta o trzonek siekiery, gwałtownie się budzi, z jednego złego snu do jeszcze gorszego. Następnego ranka uciekli ze wsi. Uciekali pociągami bydlęcymi, na pace samochodów towarowych, po drodze urodziła dziecko, które zmarło, prawdopodobnie zatrute spalinami.

Więc pomagamy. Może dlatego, że pamiętamy, jak to jest uciekać z jednym tobołkiem i kupą dzieci, przecież wyrośliśmy na tych opowieściach o wielkiej wędrówce, o bestialstwach wojny i okruchach serca, które pomogły przetrwać, kiedy śmierć była oddalona o jeden gest, o jedno pukanie do drzwi, o jedną pomocną dłoń.

Na wszelki wypadek na WhatsApp piszę rodzinie, że w razie czego, to ugościmy ich w Irlandii. Tak, żeby wiedzieli.

(Choć nie sądzę, żeby do czegoś takiego doszło).