Zostało mi 10 minut do wyścia po Mo, więc co tu robić, może popisać na blogu. Uświadomiłam sobie niedawno/jakiś czas temu/właściwie nie wiem kiedy, że ogólnie jestem szczęśliwą osobą. Aż się boję o tym pisać, jakby los czytał blogi i tylko na to czekał, żeby złośliwie zachichotać. No ale cóż i tak się będę musiała zmierzyć z tym, co przyniesie, niezależnie, czy jestem szczęśliwa teraz, czy nie. Nie będę karmić swojej paranoi, ignoruję wszystkie swoje prywatne teorie spiskowe i nie słucham szalejącej wyobraźni.
Jest taka archetypowa, psychoanalityczna opowieść, jak dziecko gubi złotą kulę, która wpada do stawu/do dziury/do lasu i wiele lat minie zanim już dorosłe znowu ją odnajdzie, jeśli w ogóle. I nie będzie to łatwe. Będzie wymagało pocałowania żaby/zabrania klucza spod poduszki matki/pokonania smoka albo innych poświęceń i bohaterstwa, stanięcia twarzą w twarz z własnym cieniem i zaakceptowania brzydoty i głupoty świata. Bardzo lubię tę opowieść. Kiedy patrzę na Mo, wyraźnie widzę jak się bawi złotą kulą, jak promienieje z radości od wewnątrz. Ale ją zgubi, nieuchronnie. Kiedyś. Nie można zostać na zawsze dzieckiem.
Ale opowieść mówi nam, że można kulę odzyskać. Jak już sie wie, że świat jest też zły, brzydki i okropny. I czasem teraz wydaje mi się, że ją widzę.