Pewno tak samo jak tysiące ludzi właśnie w tej chwili odświeżam strony wiadomości, GW, Guardian, Irish Times, Polityka, OKO press, ciągle i ciągle, bo nie mogę uwierzyć, że raz jeszcze nacjonalizmy, uprzedzenia, mafijna wspólnotowość i przede wszystkim żądza władzy biorą górę i w Europie, w 21 wieku jakieś państwo wypowiada wojnę innemu państwu. A to po prostu Rosja. I nie przekonują mnie argumenty, że Ukraina też jest nacjonalistyczna, że mniejszość Rosyjska była niezłą większością w Donbasie, że Rosjanie się słusznie obawiają NATO – ludzie, przecież ten kretyn straszy bronią nuklearną! Uchodźcy, dzieci w schronach, miliardy na rachunkach w Londyńskich bankach, a Chiny tylko zacierają ręce. Putin jako obrońca ‚słowiańskości’ i chrześcijaństwa przed zgniłą cywilizacją zachodu, no naprawdę koń by się uśmiał! A w tym wszystkim moi rodzice jak zaczadzeni, mama bredzi coś o ‚zbrodniach ukrańskich’ sprzed 80 lat, ojciec już w ogóle odjechał w swojej pro-rosyjskości. Jest mi wstyd.
Miesiąc: Luty 2022
Kula
Zostało mi 10 minut do wyścia po Mo, więc co tu robić, może popisać na blogu. Uświadomiłam sobie niedawno/jakiś czas temu/właściwie nie wiem kiedy, że ogólnie jestem szczęśliwą osobą. Aż się boję o tym pisać, jakby los czytał blogi i tylko na to czekał, żeby złośliwie zachichotać. No ale cóż i tak się będę musiała zmierzyć z tym, co przyniesie, niezależnie, czy jestem szczęśliwa teraz, czy nie. Nie będę karmić swojej paranoi, ignoruję wszystkie swoje prywatne teorie spiskowe i nie słucham szalejącej wyobraźni.
Jest taka archetypowa, psychoanalityczna opowieść, jak dziecko gubi złotą kulę, która wpada do stawu/do dziury/do lasu i wiele lat minie zanim już dorosłe znowu ją odnajdzie, jeśli w ogóle. I nie będzie to łatwe. Będzie wymagało pocałowania żaby/zabrania klucza spod poduszki matki/pokonania smoka albo innych poświęceń i bohaterstwa, stanięcia twarzą w twarz z własnym cieniem i zaakceptowania brzydoty i głupoty świata. Bardzo lubię tę opowieść. Kiedy patrzę na Mo, wyraźnie widzę jak się bawi złotą kulą, jak promienieje z radości od wewnątrz. Ale ją zgubi, nieuchronnie. Kiedyś. Nie można zostać na zawsze dzieckiem.
Ale opowieść mówi nam, że można kulę odzyskać. Jak już sie wie, że świat jest też zły, brzydki i okropny. I czasem teraz wydaje mi się, że ją widzę.
Zupełne szalenstwo
Pogoda kontyunuuje swoje szaleństwo, dziś kolejny sztorm Ferdynand Franklin. Według windy.com jeszcze długo nie będzie spokoju. Ale kwiatki powoli wychodzą z ziemi, żonkile zaczynają kwitnąć, magnolia lada chwila, krokusy pchają się do słońca, w różach już buzują soki (a na kuchennym parapecie to już prawdziwe szaleństwo).
Powsadzałam na jesieni cebulki w donice byle jak, byle szybko, byle by było, stare, nowe, pomieszane, co roku kupuję jak wariatka nowe, ale szkoda mi starych, więc im też daję szansę. Sama jestem ciekawa co z tego wyrośnie.



W kuchni od dwóch miesięcy kwitnie duży, czerwony, plastikowy Anthurium, kończy występy zygokaktus i po raz pierwszy w moim życiu zakwitła ponownie orchidea. Dotychczas kupowałam je w Aldiku czy Lidlu, przynosiłam do domu, gdzie kwiaty powoli opadały, a rośliny zaczynały marnieć. W tym roku wyniosłam dwie na letnie miesiące do ogrodu, może tego było im trzeba? Choć jej siostrę zjadły ślimaki.


Słońce
Chwila przed burzą. Gdyby nie drzewa za oknem, z gałęziami prawie przy ziemi, można by mieć wrażenie, że wiosna na całego. Ale tu Irlandia – wiatr, deszcz, śnieg, słońce. Dziś przyszedł sztorm Eunice, wczoraj mieliśmy chwilę przerwy, w środę sztorm Dudley.
Piątek, poranna nauka jazdy. Jeżdżę nadal bardzo okropnie. Już 18 godzin za mną, jestem w głębokim lesie, ale najważniejsze, że jeżdżę. Dziś prowadziłam w śniegu, deszczu i wietrze – cieplutko i wygodnie, sucho, bez wysiłku, jest jednak różnica między samochodem a rowerem;D Przed rozpoczęciem nauki wstępnie szacowałam, że będę potrzebować 100 godzin jazdy, cokolwiek poniżej tej liczby będzie dużym sukcesem. I oszczędnością, bo jedna godzina to 45 euro.
Zaraz muszę jechać po Mo i już czuję, że w takiej wichurze nie mam siły na rower, w środę Dudley wiał i siekł nam deszczem w twarz przez całe 6 km po górkę. Mo z tyłu na siodełku 20 kg, rower 16 kg, pracowa torba przerzucona przez ramię z komputerem i drobnymi zakupami kolejne 10 kg. Wczoraj wprawdzie nie wiało, ale Mo miała lekcję muzyki, więc tam i z powrotem, z dzieckiem z tyłu 20 km, w tym połowę pod lekką górkę. Przyjechałam do domu spocona jak mysz i zdyszana jak Szurkowski, może dlatego wciąż ważę tyle, co na studiach;D
Mo nie była chora od 6 tygodni, od czasu covida w styczniu. Jestem pod wrażeniem nowoczesnej medycyny i skuteczności sterydów. Tzn. miewa katar, większy bądź mniejszy, ale tylko katar.
W poniedziałek zaczynają się tygodniowe ferie. Chwila przerwy w biegu, potem 7 tygodni i koniec roku akademickiego O_O
Zupełnie przestało wiać i wyszło słońce, ale nie ufam tej pogodzie;) Jadę autobusem.
W poniedziałek ja nie mogę, bo
Mamusiu, jak ty dziś ślicznie wyglądasz, jak klaun!
Powiedziało moje dziecko rano. Już było za późno, żeby się przebierać, ale jadąc do szkoły stwierdziłam, że chyba trochę mnie wczoraj zamroczyło, żeby przygotować sobie do ubrania bluzeczkę w paski, czerwony sweterek, zielone spodnie, czerwone rajstopy i czerwone buty.
Przynajmniej jest wesoło.


Tak wyglada dziś moje stanowisko pracy.
Zakupy z Lidla i robótka. Jeszcze mi nikt nic nie powiedział, ale zaczynam się zastanawiać, czy czasem nie przesadzam.
Poniedziałek. Studenci jak zwykle śpią na zajęciach porannych, tym bardziej, że mamy wykład online, choć ja jestem w klasie. Wszystkie kamery wyłączone, zawsze mam wrażenie, że większość nawet nie wstała z łóżka. Powiedzialam im dziś, żeby w środę się przygotowali – wypili kawę, lub herbatę, albo wzięli coś innego, co ich nakręca. Z taką śpiącą grupą nawet bycie klaunem nie pomaga, dwie godziny ciągą się jak cztery. Zupełnie inaczej się pracuje, jak się ma studentów w klasie, przed sobą, nie w łóżkach.
Pojechali
Do szkoły i do pracy. Zamknęłam szybko za nimi drzwi, bo mimo słońca – zimno! Nastawiłam pranie, które po całym zaganianym tygodniu zwykle w piątek wysypuje się już z kosza, pomyłam resztkę naczyń, zjadłam śniadanie. Gimnastykę odfajkowałam jeszcze zanim wyszli, kiedy Mo jadła bułeczkę.
Zrobiłam sobie kawę.
O dziesiątej zaczęłam wyglądać przez frontowe okno, bo miała przyjechać Suzana. Zawsze jedzimy nieco dłużej niż opłacone dwie godziny, tydzień temu jeździłam dwie godziny siedemnaście minut, więc napisałam do niej wczoraj, żeby zrobiła sobie przerwę na kawę i przyjechała dwadzieścia po. Ale mi odpisała, że będzie tylko parę minut później. Więc od dziesiątej miotałam się pomiędzy dużym pokojem, gdzie było ciepło i kawka, i drzwiami, które musiałam otwierać, żeby sprawdzić, czy już jest.
Lekcja jazdy w piątkowy poranek, w pełnym słońcu, w Dublinie. Suzana zaczęła od tego, że wyczerpała już limit pecha, bo miała z uczniami w tym tygodniu już dwa wypadki. Jedna dziewczyna wjechała w kolumnę, inny chłopak w samochód. Ja po calych czternastu godzinach nauki też jestem jeszcze beznadziejna, samochód gaśnie na skrzyżowaniach, na światłach staje dęba, włączam lewy kierunkowskaz skręcając w prawo, wciskam sprzęgło kiedy powinnam hamulec, hamuję, kiedy zmieniam pas. Ale już miewam te chwile ulotne jak ulotka, przelotne chwile, kiedy czuję, że frunę. Podobno świetnie przerzucam biegi;)
Od tygodnia oglądam samochody na carzone, porównuję cenę, przebieg, wygląd, kolor, mój kochany mąż nie jest tym w ogóle zainteresowany, ja wkręciłam się po same uszy. Czytam, jak jest zbudowany silnik.
Moja miłość do elektryka na razie pozostanie nieodwzajemniona, bo żeby go mieć, oprócz 20 tys. euro musimy zainstalować punkt ładowania na podjeździe (2 tys), a żeby mieć ładowanie, musimy wymienić instalację elektryczną w całym domu (8 tys., już dawno powinniśmy to zrobić – niedawno przyszedł elektryk z elektrowni, tym razem pan, nie samochód, i zostawił nam OSTRZEŻENIE, bo nie mógł znaleźć głównego uziemnienia. Czyli teoretycznie ładunek może sobie latać po całym naszym domu – muszę pamiętać, żeby chodzić w gumowych kapciach. Choć prawdopodobnie uziemnienie gdzieś jest. Ale gdzie???), a wymiana kabli wiąże się ze zrywaniem kafli w kuchni (i tak ich nie lubię), ale kiedy zerwiemy kafle, to już dobrze byłoby ocieplić jedną ścianę kuchni (?? euro), tę, która nie ma ocieplenia zewnętrznego, bo nie było miejsca, żeby się do niej dostać od zewnątrz i w zimne, lutowe wieczory wieje nam z kontaktów. A skoro będziemy zrywali sufity (kable idą też w sufitach), dobrze by było też przy okazji wymienić i ocieplić dach kuchni (nie wiem – może z 3 tys?), a jak już ocieplamy, to przy okazji okno dachowe przydałoby się zrobić (cholera wie ile to kosztuje), coby trochę światła docierało do stołu jadalnego w dużym pokoju. Potem trzeba by tylko otynkować cały dom po wyrwaniu kabli ze ścian i pomalować (??? euro). A jak już skończymy remont całego domu, to jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że będzie nas stać na elektryka, haha. Bo chcę jeszcze wymienić w kuchni podłogę, przy okazji. Oraz bardziej ocieplić strych. Trzeba jeszcze zrobić dach, bo dachówki są bardzo luźne, jak nam pan dekarz powiedział, za co skasował w tym tygodniu 80 euro. (No nie tylko za to, zacementował jedną pękniętą dachówkę i chwała mu za to!).
Także widzicie, taka kosztowna miłość.
Łatwiej się kocha skarpety, które zaczęłam robić korzystając z przepisu Takiej jednej. Zawsze chciałam sobie zrobić skarpety, bo marzną mi stopy uwielbiam kolorowe skarpety, ale myślałam, że jakoś to strasznie jest upierdliwe, a to przecież cudowna robótka w sam raz do słuchania podcastów i oglądania filmów dokumentalnych (wczoraj Sex and the Church, polecam, jakby ktoś gdzieś miał okazję).
Słońce w ogrodzie. Zniszczyłam Przycięłam róże. Znalazłam pierwszego żonkila!
Muszę zacząć robić trochę bardziej nieprzyjemną atmosferę na zajęciach, bo w czwartek kolejno studento powiedziało, że jest niebinarne. Ja ich wszystkich lubię bardzo i cieszę się, że się u mnie czują tak bezpiecznie, tylko mam problemy z zaimkami.
Zakochałam się
Wiosna.
Prawie niezauważalnie, ale niewątpliwie. Przyszła wiosna. Moje tulipany mają już 10cm!, lada chwila – czyli dwa tygodnie może – zakwitną żonkile. W powietrzu pachnie wilgotną ziemią. Muszę jeszcze posadzić resztę nabytków z Aldika, zostało mi dziesięć cebul ukrytych w szafce pod zlewem. Dam im szansę, a nuż zakwitną.
Wiosna.
Miałam dziś ogromną przyjemność jechać PROWADZIĆ elektryka, to znaczy nie pana, tylko samochód.
ACH…
CO WAM BĘDĘ PISAĆ….
(Gdzie się wstawia serduszka???)
Uwielbiam. Jeździło się niesamowicie, od dziś mam nowe marzenie i wiem, na co zbieram do mojej Marksistowskiej skarbonki DAS KAPITAL.
Dziś zrozumiałam ludzi, którzy się podniecają przyśpieszeniam, łagodnością jazdy, wygodą. A co najważniejsze – zapachem. W elektryku W OGÓLE NIE ŚMIERDZI. Tak wiem, co zaraz napiszecie: ‚u mnie w samochodzie nie śmierdzi’. Otóż – przykro mi to mówić, ale – w każdym samochodzie na ropę ŚMIERDZI, wąchałam już mnóstwo takich, których właściciele zarzekali się, że co jak co, ale u nich wcale! Nie-e, niestety, u ciebie także śmierdzi, benzyną i spalinami. W droższych mniej, w tańszych bardziej. (U mojego ojca autentycznie można się zatruć). Mo właśnie dlatego nie znosi jazdy samochodem, mi też się robiło niedobrze od tego zapachu, kiedy byłam mała, teraz już mniej, ale i tak nie jest to nic przyjemnego. (Mo się już parę razy porzygała).
Bo jak nie mam za grosz słuchu, tak mam naprawdę bardzo dobry węch, mój mąż oskarża mnie, że z sypialni na górze wywącham, że robi sobie herbatę w kuchni na dole, po przeciwnej stronie domu (i zaraz krzyczę, żeby mi też zrobił|).
Ale wracajmy do mojego elektryka, który nie wydmuchuje spalin do atmosfery, jeździ bardzo cichutko, hamuje od razu, a żeby zaparkować, włącza się jeden guziczek;D Inny guziczek, żeby jechać do tyłu. A jeszcze innym się włącza silnik. Silnik nie krztusi się, nie kaszle, nie ciągnie ledwo ledwo na jednym biegu, tylko łagodnie, jakby niezauważalnie przyśpiesza i masz wrażenie, że jedziesz ciągle jeszcze dwadzieścia na godzinę, a to już sześćdziesiątka…
…
Tylko, że jest to zabawka dość droga. Właściwie droga jak cholera.
Ale wygląda na to, że się zakochałam. W elektryku.
Piąte piętro bez windy, z toaletą na zewnątrz
Mo znów z katarem do pasa w sobotę, w niedzielę lepiej, a dziś poszła do szkoły. Wygląda na to, że sterydy działają.
Mierzymy się teraz z innym problemem. Bliska osoba, rodzina, na tyle bliska, że czujemy się za nią odpowiedzialni. Mieszka i pracuje w Polsce, choruje na Bardzo Poważną Chorobę. Nie ma gdzie mieszkać, ma jakieś pieniądze po podziale majątku po rodzicach, dwa razy mniej niż kosztuje najmniejsze mikro mieszkanie w naszym rodzinnym mieście (a jak mówię mikro to mam na myśli 23 m2). Nie kwalifikuje się na żadną pomoc, na żaden lokal z gminy, nawet do remontu. Pracuje w zakładzie pracy chronionej, ma również przyznaną rentę i razem z rentą ma za wysoki dochód. Nie może się wyprowadzić poza miasto rodzinne, bo sobie nie da rady – tutaj ma pracę, jakiś pojedynczych znajomych, siatkę życzliwych ludzi, którzy w razie czego wesprą, choćby dobrym słowem czy zupą. Tutaj ma również kuratora, bo naprawdę życia nie ogarnia. DPS się jej nie należy, bo (na razie, oby jak najdłużej) pracuje, kredytu z taką Poważną Chorobą nie dostanie. Po wyjściu ze szpitala mieszka teraz w tzw. domu pomocowym, może tam być parę miesięcy.
Wygląda na to, że będziemy musieli dołożyć i kupić jej mieszkanie, albo wyląduje w schronisku dla bezdomnych. Takie opcje przedstawił nam kurator. Jakby nie pracowała, to państwo by jej pomogło (może), tak wpada w dziurę – za biedna na samodzielne życie i kredyt, za bogata na pomoc państwa. Która i tak jest, powiedzmy, dość słaba. Wygląda jakby w Polsce ludzie nie dający sobie rady nie byli naprawdę luźdmi, kurator opowiedział mi parę mięsistych historii, jak to na przykład pan po próbie samobójczej, w której pociąg obciął mu dwie nogi, dostał mieszkanie z gminy w starej kamienicy na piątym piętrze bez windy. Z toaletą na zewnątrz.
Ale wkurza mnie, jak sobie pomyślę, że będziemy teraz spłacali następną dużą pożyczkę przez kilka ładnych lat. Oznacza to, że muszę zapomnieć o adaptacji strychu i remoncie domu. A już miało być łatwiej! Ale przecież nie zostawimy rodziny na ulicy. I tak mamy dziesięć razy lepiej w życiu.