Tatę wypuścili ze szpitala. Pomimo, że był to szpital Covidowy, naprawdę porządnie się nim zajęli. Choć może właśnie dlatego. Był trochę zdezorientowany, więc przez chwilę lekarze podejrzewali udar i zrobili mu nawet tomografię głowy. Na szczęście okazało się, że to tylko Covid – nie wiem, czy to lepiej w sumie – prawdopodobnie niedotlenienie mózgu przez te parę dni takie mu dziury w mózgu porobiło. Na szczęście tydzień pod tlenem ustabilizował saturację.

Wszyscy narzekają na polską służbę zdrowia, więc zdziwiłam się, że trafiliśmy na naprawdę empatycznych lekarzy. Rozmawiałam z nimi dwa razy, było rzeczowo i miło. Może dlatego, że był zaszczepiony 😀

Mo znowu w domu. Niby chora. Odkryła przywileje chorowania i zaczęła wykorzystywać sytuację. Wczoraj zadzwonili do mnie ze szkoły, żeby ją odebrać, bo mówi, że źle się czuje. W domu wyglądała mi tylko na zmęczoną, po tym, jak w niedzielę poszła spać po 10 wieczorem, bo tatuś zabrał ją na mecz. No ale na meczu było bardzo zimno, więc pomyślałam, że przeziębiła się i coś się wykluwa. Zostawiłam zatem w domu, bo dziś pracuję z domu, ale koło poludnia już było jasne, że jest zdrowa jak rydz. Mały oszust. Nagadałam jej porządnie, ale muszę jej zakazać bajek jak jest chora. A jest to trudne, bo ja muszę pracować, a ona marudzi.

Nie wiedział, że go pozamiata

Tato w szpitalu, na covida, a właściwie na choroby współistniejące nie leczone. Cukrzyca.

Było naprawdę kiepsko, ale jest dobrze, w poniedziałek go wypisują. Trzymajcie kciuki.

Dziękuję opatrzoności, że go namówiliśmy na szczepienie, bo naprawdę by się przekręcił, nie wyszedł by z tego. Namawianie ojca trwało trzy miesiące, bo był madry i oglądał filmiki z youtube, ale codziennie ktoś z nas mu suszył głowę, nawet mój syn zadzwonił ‚dziadek, ja nie chcę, żebyś umarł’. Zaszczepił się, żeby już mieć z nami w końcu spokój. Gdyby leczył wcześniej cukrzycę prawdopodobnie wcale by do tego szpitala nie trafił, oczywiście. Ale gadaj z człowiekiem, który mówi mi ‚ty jesteś jak służba zdrowia, ciągle mnie do czegoś namawiasz’.

A teraz w szpitalu mówi ‚nie wiedziałem, że mnie to tak zmiecie’. Dwa dni leżał pod tlenem. Ma zupełną dziurę w pamięci, nie pamięta, że siostra się nim opiekowała, nie pamięta, jak przyjechało pogotowie, ani jak nie mógł sobie przypomnieć imion swoich dzieci. Nie chciał jechać do szpitala, ale już był tak otępiały, że się zgodził, choć nawet nie do końca wiedział na co. A teraz sobie chwali ‚opiekują się tutaj mną, co chwila mi krew pobierają, tylko są już mną zmęczeni, bo co chwila zapominam jak dojść do toalety’.

A teraz zagadka matematyczna: w Irlandii jest 94% populacji dorosłej zaszczepionej, a w szpitalach 40% to zaszczepieni. Ile razy większe jest prawdopodobieństwo trafienia do szpitala z covidem osoby niezaszczepionej w porównaniu z tym dla osoby zaszczepionej?

Moja siostra, która przyjechała opiekować się chorymi rodzicami, też oczywiście złapała wirusa, tydzień z głowy, kłucie w płucach, spadająca saturacja. Ale jest młoda, więc po tygodniu było w miarę ok.

Mama dobrze zniosła chorowanie.

Jakie to wszystko nieprzewidywalne.

My tutaj przeczołgaliśmy się za to przez kolejne przeziębienie, takie, że tydzień temu w piątek mi nos urywało, Mo oczywiście tydzień w domu, ale tym razem przeziębienie nie skończyło się charczeniem i świstami, więc ogłaszam sukces. Nie wiem, czy łączyć to z odstawieniem nabiału u niej (a było to trudne, bo uwielbia mleczko), ale zobaczymy. U mnie mleko prawdopodobnie wywołuje reakcję autoimmunologiczną, więc może dla niej też nie jest takie zdrowe.

A ja miałam dziś swoją pierwszą jazdę. PROWADZIŁAM SAMOCHÓD.

Dla mnie jest to jakiś kosmos nie do uwierzenia, ale staram się nie panikować. Po lekcji miałam całe ciało obolałe, nawet głowa mnie bolała, a mnie nigdy nie boli głowa. Ale już czuję, że będę to lubić:D

Nie samym chlebem

Kiedy już odprowadziłam Mo na zajęcia muzyczne i zaniosłam buta do szewca (odklejona podeszwa – 6 euro), poszłam do księgarni i zrobiłam sobie przyjemność. Kupiłam debiut Sally Rooney Conversations with Friends, tej od niedocenianych na polskich blogach, a moich ulubionych, Normal People.

Kupiłam sobie również kawkę na mleku owsianym (trochę mi nie można, ale pieprzyć to). A właściwie dwie kawy, tylko jedną na kokosowym (niby lepsze na artretyzm) i trzy godziny wcześniej.

Kupiłam również Mo wymagany ‚pakiet muzyczny’, zawierający trzy książeczki, grzechotkę i patyczki do stukania , właściwie od razu żałując wydatku (60 euro???). Ale wieczorem, kiedy wyciągnęła książeczkę z nutami i zaczęła śpiewać, wiedziałam już, że było warto. Zdumienie wryło mnie w podłogę, bo wydawało się, że umie czytać nuty, po chwili okazało się, że czyta słowa piosenki i pamięta melodię.

Zaczyna być coraz bardziej zainteresowana muzyką i chciałaby grać na pianinie. Już widzę pianino w naszym domu – pudełku na buty:)

Lord Vader już poszedł sobie

Dziś była piękna pogoda i wybraliśmy się na jesienny spacer.

Mo wyszła pierwszy raz po chorobie.

Rzuciłam okiem na statystyki jej obecności w szkole i mnie zmroziło, nic dziwnego, że oboje latamy jak w amoku – od początku roku była 43% czasu chora. Prawie połowę czasu przesiedziała w domu, a dodać do tego jeszcze trzeba tydzień jesiennych ferii i pierwszy tydzień września, kiedy szkoła była zamknięta.

Ostatnia choroba jak zwykle zaczęła się katarem, potem gorączka, a potem przeszło w typowy oddech Lorda Vadera, kiedy Vader mówi ‚Luke, I’m your father’ https://www.youtube.com/watch?v=bv20ZoBcdO8

Ale w czwartek opiekowaliśmy się L, który był troszkę przeziębiony, wiedziałam zatem jak to się skończy i zawczasu zabezpieczyłam tyły godząc się na opiekę pod warunkiem, że jak Mo będzie chora, to rodzice L nam pomogą (oboje pracują z domu). Nie miałam żadnych wyrzutów sumienia zostawiając z nimi Mo w środę i czwartek.

Zaczynam podejrzewać u niej astmę, bo każde przeziębienie schodzi jej na płuca, ale przez ten cholerny covid dostać się do lekarza z jakąkolwiek niewydolnością oddechową jest niemożliwe. Najpierw każą mi jechać przez pół miasta zrobić test, a kiedy dostanę wynik, Mo już nie świszczy, bo trwa to zwykle mniej niż dobę. Tym razem próbowałam ją nagrać, ale po trzech sekundach video słychać moje spanikowane ‚Mo oddychaj, spokojnie, oddychaj, proszę oddychaj’, obraz się wykrzywią i widać sufit i koniec, bo nagle się przestraszyłam, że się udusi. Ale zasnęła, w nocy spała trochę na mnie na siedząco, oddychała w miarę spokojnie, a ja nie panikowałam i rano było już trochę lepiej. W razie czego mam w domu inhalator rozszerzjący oskrzela, ale kiedy jej raz podałam miałam wrażenie, że jej nie pomógł. Dlatego z tą astmą to tak na dwoje babka wróżyła.

A ja znowu mam dużo pracy, bo etat wymaga, żebym wzięła jeden przedmiot więcej i to taki, który wcześniej z radością oddałam. Ale dopiero od nowego roku.

Kobieca kwestia?

Chyba nikt się nie zdziwi, kiedy napiszę, że Mo znowu chora.

Przeziębienie z kaszlem, zapalenie oka, infekcja gardła, a teraz gorączka z kaszlem, oraz w bonusie przez 10 dni była zdrowa, ale musiała siedzieć w domu jako ‚covid contact’. Na dokładkę wszy, z którymi walczyliśmy 3 tygodnie:D Wszystko w ciągu dwóch miesięcy.

Doprawdy życie rodziców małych dzieci jest urozmaicone.

A wczoraj zaproponowano mi etat i teraz się zastanawiam, jak to wszystko pospinać. Za pracę wieczorami będę miała jeden dzień w tygodniu wolny, ale co z resztą? Jak Mi nie pogada o ewentualnej pracy z domu w razie czego to nie ma szans, na razie mówi, że jest na okresie próbnym i nie może.

No i jak zwykle się okazuje, że to kobieta musi stawać na głowie i łapać się za nogę przez tylna łopatkę, żeby pracę i opiekę nad dzieckiem pospinać.

Nie mamy tutaj żadnej rodziny, całe szczęście, że możemy liczyć na przyjaciół, ale na dłuższą metę tak się nie da.

Czy da się być feministką, jak się ma dzieci? Choć w 1973 roku zniesiono w Irlandii tzw marriage bar, prawo, na mocy którego kobieta, która wyszła za mąż była zwalniana z pracy, opieka nad dziećmi to nadal kwestia głównie kobieca. Nie tylko, kiedy dziecko jest chore – kobiety, które mają dzieci częściej rezygnują z pracy, żeby być z nimi w domu bo koszt opieki nad dzieckiem to często to drugi kredyt mieszkaniowy. Zwłaszcza, jak się ma dwójkę.

Ulubione święto

W Halloween mieli przyjść do nas znajomi z dziećmi, żeby razem połazić ‚trick or treat’. Mieszkamy w Irlandii, a tutaj to święto obowiazkowe, dzieci czekają cały rok na objedzenie się słodyczami do nieprztomnosci w stroju czarownicy, nie ma wykrętów.

Ja pracowalam cały dzień – mam dziś osiem godzin wykładów i rozmowe z managerka – i o 2 na pytanie Mi czy się przebieramy zezloscilam się tylko, że nie mam czasu.

Ale skończyłam o 4, zjedliśmy obiad, a pół godziny później wyglądaliśmy tak:

Było zimno i zacinało deszczem, impreza na dworze była wiec krótka. Tylko Mo latała po ulicy z banda dzieciaków przez dwie godziny i nazbierała trzy torby słodyczy. My zdążyliśmy przemoczyć buty i przestraszyć córeczkę sąsiada. I obejrzeć fajerwerki (wiem, biedne pieski).