Mam pół godziny zanim muszę pojechać po Mo, to może zmarnuję ją na bloga.
Radosna codzienność, jak pisze Karuzela, objawiła się w sobotę wszami u dziecka. Wykorzystałam tę okazję do obcięcia letnich kolorowych warkoczyków, już najwyższa pora pożegnać się z latem.
W pracy Żmija słodka jak sztuczny miód, kiedy poskarżyłam się na problemy z opieką nad dzieckiem. Żmija ma dwoje i udaje matkę zaangażowana, ale jak wiadomo to taka osoba, która strzepnie ci pyłek z rękawa, drugą ręką wbijając ci nóż plecy, choc pogadać sobie możemy. Tylko trzeba się pilnować, żeby nic nie powiedzieć.
Martwi mnie polexit, nadal nie mieści się w głowie i wydaje się nieracjonalny i niemożliwy, ale Cameron też nie chciał brexitu, tylko wzmocnienia pozycji swojej i partii i obudził się z ręką w nocniku.
Mo wzgardziła własnym pokojem, na razie walczymy, żeby sama spała w swoim łóżku, bo we trójkę nam nieco ciasnawo jednak. Co ją chcemy położyć do jej łóżeczka, to zaczyna chorować. Pewnej więc ciężkiej nocy, kiedy obudziła mnie po raz szósty kręceniem się i zarzucaniem na mnie nog, poszłam spać do pokoju Adka.
Tak wyobrażam sobie niebo.
To jest jakaś cudowna jaskinia snu, tam człowiek po prostu zamyka oczy i otwiera je rano. Dziś śpi tam mąż.