Sfilcowana

Po ostatnim miesiącu tygodniu czuję się jak wełniany sweterek wyprany w 90 stopniach i wyciągnęty z wirówki po 1800 obrotach. Zmęczona, skurczona, pomięta.

Otóż Mo wytrwała całe trzy dni w szkole, w piątek zaczęła trochę kichać, więc odwołaliśmy weekendowe spotkania w parku/galerii/na spacerze, sprytnie kombinując, że potrzymamy ją dwa dni w domu i będzie dobrze, w poniedziałek pójdzie do szkoły.

Nasza naiwność doprawdy nie ma granic.

W niedzielę wieczorem już nie mogliśmy się okłamywać i zaczeły się rodzicielskie negocjacje. ‚Ja naprawdę nie mogę zostać w domu, mam 9 godzin wykładów’, ‚Nie, to ja naprawdę nie mogę zostać w poniedziałek w domu, mam dyżur telefoniczny’, ‚ale ja muszę być w szkole, już w ostatni poniedziałek byłam w domu i musiałam organizować wykłady online!’, ‚ale ja mam NOWĄ PRACĘ i jestem na okresie próbnym!’, no i oczywiście wypadło na mnie. Napisałam maila do managerki, że naprawdębardzoprzepraszamniestety, tym razem córka jest chora, muszę zostać w domu, więc albo znajdzie kogoś na zastępstwo, albo musimy jechać po bandzie, czyli wprowadzać broadcasting – jestem w domu, studenci w klasie i gadam do nich z wielkiego ekranu. (I tu mi brakuje emotikonki kobiety z ręką na twarzy).

W poniedziałek miałam dziewięć godzin wykładów, z sześcioma różnymi grupami.

Moja menagerka nie zauważyła maila w niedzielę, więc w poniedziałek rano studenci siedzieli sami w klasie czekając, aż się pojawię na ekranie, jak ich poinformowałam w mailu o drugiej w nocy, kiedy obudziła mnie myśl, że powinnam to zrobić. Ja w tym czasie siedziałam w domu przed ekranem czekając, aż mnie ktoś włączy w klasie. (Mo siedziała w pokoju na dole, oglądając głupie bajki). Wreszcie jeden sprytny student otworzył zooma na komórce i dowiedziałam się, co się dzieje. Dzwonię do szkoły. Recepcja przełącza mnie do adminów, którzy nic nie wiedzą. Dzwonię to IT, które też nic nie wie. Wysyłam smsa do menagerki, która w końcu osobiście przychodzi do klasy i ustawia broadcasting. Właśnie mineło pół godziny zajęć, zaraz kończymy. Może to i dobrze, bo mogę tylko przemawiać, bo kiedy studenci próbują odpowiadać, słychać ogłuszający pogłos.

Kończy się pierwsza godzina, jeszcze przede mną pięć.

W kolejnej klasie managerka włącza wprawdzie sprzęt na czas, ale kamera nie działa, muszę mówić do czarnej dziury, nie wiedząc nawet kto siedzi w klasie i czy w ogóle siedzi. WIem, że jest managerka, bo to ona przecież podłączyła sprzęt i ma mnie na podsłuchu (gdzie jest ta emotikonka kobiety z ręką na twarzy???).

I tak jeszcze trzy razy. Trzy klasy. Trzy grupy. Trzy razy cyrk do kwadratu. W dziesięciominutowych przerwach sprawdzam, czy dziecko żyje (tak), czy czegoś nie chce (chce mamy) czy jest głodne (tak, wyciągam jogurt i bułkę, chyba wytrzyma do pierwszej na suchej karmie) i biegnę na górę. Wreszcie mam godzinę przerwy. Karmię siebie i dziecko, idę siku, robię sobie herbatę. Wracam do sypialni do pracy. Jeszcze tyko dwie godziny z kolejną grupą i wraca z pracy Mi.

Czekam na męża. Nastawiam obiad, zjadam obiad, dziecko nie chce jeść, mąż przychodzi o 5.30. Wyruszam do szkoły na dalsze trzy godziny. Jestem pięć minut spóźniona, w klasie czeka na mnie managerka, która włączyła już broadcasting i nie może mnie znaleźć na zoomie. (facepalm facepalm facepalm). Wyjaśniam, że pisałam jej, że potrzebuję zajęć online tylko z dziennymi, na wieczorowych mogę być osobiście. Zaczynam wykład. Włączam Zooma, bo w klasie jest połowa roku, druga połowa online. (W dobie koronawirusa szkoła dała studentom wybór formy uczestniczenia na zajęciach).

Jest dobrze. Jeszcze tylko ostatnie półtorej godziny, tym razem online, ale, że już jestem w szkole i nie mam możliwości dotrzeć do domu na czas, prowadzę zajęcia w budce telefonicznej. Nie żartuję, proszę bardzo:

Tydzień temu ze stresu nie mogłam mówić, teraz już mnie nic nie rusza. Siedzę w trumnie i gadam do studentów. Przynajmniej ich widzę i słyszę.

To był poniedziałek. A potem wtorek środa czwartek piątek.

We wtorek myślałam, że w środę pójdzie do szkoły, a w czwartek myślałam, że w piątek to już na pewno, ale kiedy rano spakowałam już jej plecak okazało się, że nie może otworzyć jednego oka. Infekcja. Nawet się nie pytajcie o piątek, wspomnę tylko, zapłaciłam 50 euro za dwie taksówki, którymi Mo przejechała pół miasta i z powrotem, 60 euro za telefoniczną poradę ‚proszę przemywać oko ciepłą wodą i zakrapiać tymi kropelkami, które już pani ma, a jakby się pogorszyło pojechać na pogotowie’ i ‚a tak przy okazji, to proszę zrobić test na koronawirusa, bo inaczej dziecko przez 10 dni nie będzie mogło wrócić do szkoly’ (przypominam, że tydzień temu robiliśmy dwa testy, bo była na kwarantannie), wróciłam do domu z Mo i jej kolegą na spektrum autyzmu, żeby się odwdzięczyć jego mamie, która zaopiekowała się Mo przez 4 godziny, które ja spędziłam w pracy, potem wrócił Mi z pracy i zabrał nasze dziecko do testing centre, żeby zrobic ten cholerny test, a dzieciak koleżanki został ze mną.

Wczoraj rano było więc lusksusowo, bo Mo była po prostu z tatą, kiedy miałam dwa wykłady z zaocznymi.

Wynik testu negatywny.

Dziś mąż chory.

Jutro znowu poniedziałek.