Zupełnie niepostrzeżenie zostałam bohaterką.
Na pewno nie byłam nią od samego początku, choć już gdzieś tam musiało czaić się to szaleństwo poświecenia, to paradoksalne ‚im mam się gorzej, tym lepiej’, to wypruwanie sobie żył i słynne ‚dam radę. Pewno, że dam!’
Niestrudzenie wymyślam codzienny tor przeszkód, szczurzy labirynt, klatkę drucianej matki, której nie powstydziłby się Harlow w swoim laboratorium i batożę się w duchu, kiedy opadam z sił.
Aż wreszcie coś mi zaświtało w głowie, zapukało w czaszkę, jak pomysłowemu Dobromirowi i postanowiłam BYĆ DLA SIEBIE DOBRA.
I tak trzy tygodnie temu odmówiłam swojej menagerce, kiedy próbowała mi wcisnąć jeszcze cztery przedmioty (a każdy to hohoho! dodatkowej kasy). Wzięłam tylko dwa, ale wyrzuty sumienia zżerały mnie od środka jeszcze przez dwa tygodnie. Potem jeszcze odrzuciłam oferte jednej szefowej zakładu, a potem wystarczyło tylko postawić się w moim drugim Uniwerku i stanowczo powiedzieć, że nie wezmę 47 studentów, jak grupy mają być trzydziestoosobowe. Nadmienię tylko, że mam już obłożenie godzinowe na cały etat i dodatkowe zajęcia na innym Uniwerku. Lata ledwo co wiązania końca z końcem najwyraźniej wyrzeźbiły głębokie bruzdy w płacie czołowym.
Ale jednak postanowiłam być dla siebie dobra.
Nie wiem, co było impulsem, może terapia, a może choroba, a może wreszcie po prostu do tego dojrzałam i tak oto wczoraj również dotarło do mnie – eureka! – że jechanie do pracy na 9, siedzenie tam do 16 z czterema godzinami wykładów po drodze, odebranie Mo o 16.30, przywiezienie jej do domu o 17, poczekanie na męża do 17.30 i ponowna podróż do pracy, by zostać tam do 21.30 z trzema godzinami wykładów dla wieczorowych, a wszystko na rowerze, tam i z powrotem, tam i z powrotem dwa razy, 24 km, to już chyba lekka przesada, nie?
Postanowiłam zatem być dla siebie dobra i załatwiłam, że Mo zostaje godzinę dłużej w świetlicy.
A ja mam luksus siedzienia w pracy od 9 do 9;D