W sobotę Dublin w słońcu był mój. Jechałam na egzamin z teorii jazdy przez całe miasto, a potem jeszcze w poprzek, ze wschodu na zachód i z powrotem, z północy na południe. Siedziałam na samej górze double deckera (który jest tak samo charakterystyczny w Dublinie, jak w Londynie) i oglądałam sobie moje miasto z góry.
Najpierw przez moją dzielnicę, jeden z pierwszych wielkich projektów budownictwa socjalnego, rozpoczęty w latach 1950 jako odpowiedź na tragiczny stan starych angielskich kamienic w centrum Dublina, gdzie od ponad stu lat mieszkała w czynszówkach Irlandzka biedota gnieżdżąc się w paręnaście osób w pokoju z wychodkiem na zewnątrz. Niewiele osób wie, że jednym z powodów ambitnych planów mieszkaniowych młodego państwa był strach przed komunistyczną rewolucją i owa obawa, że Dublińska klasa pracująca rozpocznie skuteczny przewrót polityczny sprawiła, że rządzący zgodzili się na ogromne inwestycje w budownictwo socjalne w latach 1930-1970. Dziesiątki tysięcy ludzi dostało wtedy własny kąt, a mały domek 2-up-2-down, z dwiema sypialniami na górze i dwoma pokojami na dole, stał się popularnym elementem krajobrazu miejskiego w Irlandii. O, taki:

W jakim i ja mieszkam.
Po paru minutach wjechaliśmy do starszej części miasta, kawałeczek dalej jest teren Guinnessa, który w roku 1795 ten skuteczny przedsiębiorca wydzierżawił od miasta za grosze – czyli 45 funtów na rok – na 9000 lat! Skręciliśmy w lewo, przejechaliśmy przez most na rzecze Liffey i naszym oczom ukazał się obrazek znany z tysięcy pocztówek:

Szeroko rozlana rzeka, przecinająca miasto na biedną północ i bogate południe, otoczona niziutką, najwyżej trzypiętrową zabudową, ze sklepami i biurami na parterze. Nisko, płasko, szeroko. Dwie najważniejsze arterie miasta – na wschód, po północnej stronie rzeki i na zachód, po południowej – łączą port i największy park Europy.
Ale my skręciliśmy w lewo, minęliśmy handlowe serce miasta – O’Connell Street, Henry Street, St. Mary Street – i wjechaliśmy w biedniejszą dzielnicę starych czynszówek, dirty old town, gdzie dziś zamiast rdzennej Irlandzkiej biedoty, służących, kwiaciarek i ulicznych sprzedawców, częściej mieszkają imigranci: Chińczycy, Pakistańczycy, Hindusi i oczywiście Polacy. Po prawej Summerhill, jedna z najbardziej zaniedbanych i niebezpiecznych dzielnic centrum Dublina, z ogromną przestępczością i problemem narkotykowym. Tylko trochę dalej po prawej, ale niżej, bliżej rzeki, usadowiły się nowe inwestycje Google, eBaya, Facebooka. Biurowce i błyszczące, szklane apartamenty, które można wynająć za dwa tysiące euro dzieli tylko dziesięć metrów asfaltu od starych, rozpadających się czynszówek i mieszkań komunalnych.
Jedziemy dalej. Dublin jest karłowaty, rozlany, płaski, ciągną się rzędy identycznych – starszych, trochę droższych, bo większych i bardziej przestrzennych, po-angielskich domów:

I nowszych, robotniczych, tańszych, mniejszych, o prostej, wręcz purytańskiej konstrukcji, pokłosie wielkiego budownictwa społecznego ubiegłego wieku:
Większość z tych domków jest już w rękach prywatnych, a ich cena często znacznie przekracza 300 tys euro! (oczywiście zależnie od dzielnicy).
Rzadko jakiś budynek jest wyższy niż trzy piętra, najsłynniejsze blokowisko w Ballymun (o którym śpiewało U2 w tej piosence) zostało właśnie niedawno zburzone.
I tak jechaliśmy i jechaliśmy, ja z przodu, na samej górze wysokiego, trzęsącego Dublińskiego autobusu, sama, ciesząca się tą sobotnią samotną podróżą, a poniżej tłumy Dublińczyków, zdążających na mecz Gaelic Footbal, pierwszą imprezę masową od-nie-wiadomo-kiedy, korzystających z ostatniego jesiennego słońca, ucieszonych, roześmianych, zmęczonych, zabieganych, zrelaksowanych, z rodzinami, flagami, wózkami, gołymi nogami i w krótkich rękawkach.
Zdałam.