Cisza i spokój, świeci słońce

Dziś pierwszy dzień bez dziecka w domu, bo po odsiedzeniu w domu przepisowych 12 dni dostało wczoraj wynik negatywny i mogło pójść do szkoły! Na grupce rodziców tańce, hulanki, swawola, huczne celebracje powrotu do szkoły.

Tym razem odpuściłam zupełnie naukę zdalną. Nienawidzę nauki zdalnej, a Mo chyba jeszcze bardziej. Na fali bycia dla siebie dobrą, postanowiłam olać zadania szkolne. Zamiast tego codziennie rano przez pół godziny czytałyśmy po angielsku, a potem grałyśmy w rymowanki po polsku.

Wiecie, że po polsku łatwiej się nauczyć czytać? Prawie zawsze czyta się tak, jak jest napisane, język angielski to przy tym ciężka jazda. Np ‚hen’ czyta sie ‚hen’ ale już ‚heap’ czyta się ‚hip’, tak samo jak ‚hip’. ‚Peep’ czyta się ‚piiip’, ‚pip’ też się czyta ‚pip’, tylko krótsze i. Z wrodzonego lenistwa wkładam dużo wysiłku w czytanie z Mo, bo wkrótce będę miała dziecko z głowy, kiedy samo zacznie czytać. Choć w przypadku Adka nie do końca się to udało, do dziś czyta mało i bardzo bardzo powoli, ale za to WSZYSTKO pamięta.

Po czytaniu miałam czas na własną pracę, ale nie mogę się pochwalić zbyt dużymi sukcesami na tym polu. Bajki lecące w tle skutecznie mnie dekoncentrowały.

Luksus

Zupełnie niepostrzeżenie zostałam bohaterką.

Na pewno nie byłam nią od samego początku, choć już gdzieś tam musiało czaić się to szaleństwo poświecenia, to paradoksalne ‚im mam się gorzej, tym lepiej’, to wypruwanie sobie żył i słynne ‚dam radę. Pewno, że dam!’

Niestrudzenie wymyślam codzienny tor przeszkód, szczurzy labirynt, klatkę drucianej matki, której nie powstydziłby się Harlow w swoim laboratorium i batożę się w duchu, kiedy opadam z sił.

Aż wreszcie coś mi zaświtało w głowie, zapukało w czaszkę, jak pomysłowemu Dobromirowi i postanowiłam BYĆ DLA SIEBIE DOBRA.

I tak trzy tygodnie temu odmówiłam swojej menagerce, kiedy próbowała mi wcisnąć jeszcze cztery przedmioty (a każdy to hohoho! dodatkowej kasy). Wzięłam tylko dwa, ale wyrzuty sumienia zżerały mnie od środka jeszcze przez dwa tygodnie. Potem jeszcze odrzuciłam oferte jednej szefowej zakładu, a potem wystarczyło tylko postawić się w moim drugim Uniwerku i stanowczo powiedzieć, że nie wezmę 47 studentów, jak grupy mają być trzydziestoosobowe. Nadmienię tylko, że mam już obłożenie godzinowe na cały etat i dodatkowe zajęcia na innym Uniwerku. Lata ledwo co wiązania końca z końcem najwyraźniej wyrzeźbiły głębokie bruzdy w płacie czołowym.

Ale jednak postanowiłam być dla siebie dobra.

Nie wiem, co było impulsem, może terapia, a może choroba, a może wreszcie po prostu do tego dojrzałam i tak oto wczoraj również dotarło do mnie – eureka! – że jechanie do pracy na 9, siedzenie tam do 16 z czterema godzinami wykładów po drodze, odebranie Mo o 16.30, przywiezienie jej do domu o 17, poczekanie na męża do 17.30 i ponowna podróż do pracy, by zostać tam do 21.30 z trzema godzinami wykładów dla wieczorowych, a wszystko na rowerze, tam i z powrotem, tam i z powrotem dwa razy, 24 km, to już chyba lekka przesada, nie?

Postanowiłam zatem być dla siebie dobra i załatwiłam, że Mo zostaje godzinę dłużej w świetlicy.

A ja mam luksus siedzienia w pracy od 9 do 9;D

Zaczęło się

Mo chodziła do szkoły tydzień. Zaczęli 6 września, bo nie wyrobili się z remontem. Nie żartuję.

W niedzielę dostaliśmy wiadomość, że zamykają klasę, bo jedno dziecko jest zarażone.

W poniedziałek wieczorem okazało się, że ponieważ wydział zdrowia nie skontaktował się ze szkołą, wszystkie dzieci mogą wrócić do szkoły od środy. Oprócz tego, co ma wynik pozytywny, oczywiście.

Na WhatsApp bulgocze wulkan. Jedni rodzice umówili test już w niedzielę, inni w ogóle się zastanawiają, czy jest sens, jeszcze inni czekają na kontakt lokalnego wydziału zdrowia, który przeważnie wysyła smsy z terminem testu. Ale nie tym razem. Rodzice dziecka, które latem przechorowało covid panikują, pojechali go przetestować i im odmówiono. Nie rozumieją dlaczego ;D Anty-covidowcy siedzą cicho.

Nikt nic nie wie.

We wtorek są już trzy przypadki w klasie, ale dostajemy wiadomość, że zostają w domu tylko te dzieci, które siedziały przy stole z dziećmi zarażonymi. Reszta wraca do klasy. Mo siedziała z zarażaczem, więc zostaje w domu. Trafia mnie jasny szlag.

Na szczęście jesteśmy zaszczepieni, więc Mi może chodzić do pracy. Kwarantanna ma trwać 10 dni od ostatniego dnia kontaktu, w trakcie trzeba zrobić test dnia piątego i dziesiątego. Bez negatywnego wyniku Testu Dnia Dziesiątego, dziecko musi siedzieć w domu całą wieczność cztery dni dłużej. Przeważnie wszyscy robią Test Dnia Dziesiątego.

Dziś kolejne dziecko ma wynik pozytywny i wydział zdrowia zamyka całą klasę. A te dzieci, które miały szczęście i dziś są w szkole, mają być jak najszybciej odebrane. I jeśli między nimi jest jakieś dziecko, które otrzyma wynik pozytywny, kwarantanna liczy się im od jutra. Cieszę się, że Mo została w domu.

I tak to mamy drugi tydzień szkoły. W domu. Ja zaczynam zajęcia od poniedziałku, a cały misterny plan jak to spokojnie zdążę ze wszystkim (no wiecie, rano kawka, potem blogi, a potem spokojnie sobie popracuję) poszedł do lasu. Mo znowu pół dnia ogląda bajki, a ja mam wyrzuty sumienia.

Piszę do managerki, czy mogę mieć w poniedziałek wykłady online, czy znajdą zastępstwo.

W klasie jest 28 dzieci. Pocieszam się, że skoro ośmioro już ma/miało covid, to jeszcze tylko najwyżej 20 razy;D

Miasto jest moje

W sobotę Dublin w słońcu był mój. Jechałam na egzamin z teorii jazdy przez całe miasto, a potem jeszcze w poprzek, ze wschodu na zachód i z powrotem, z północy na południe. Siedziałam na samej górze double deckera (który jest tak samo charakterystyczny w Dublinie, jak w Londynie) i oglądałam sobie moje miasto z góry.

Najpierw przez moją dzielnicę, jeden z pierwszych wielkich projektów budownictwa socjalnego, rozpoczęty w latach 1950 jako odpowiedź na tragiczny stan starych angielskich kamienic w centrum Dublina, gdzie od ponad stu lat mieszkała w czynszówkach Irlandzka biedota gnieżdżąc się w paręnaście osób w pokoju z wychodkiem na zewnątrz. Niewiele osób wie, że jednym z powodów ambitnych planów mieszkaniowych młodego państwa był strach przed komunistyczną rewolucją i owa obawa, że Dublińska klasa pracująca rozpocznie skuteczny przewrót polityczny sprawiła, że rządzący zgodzili się na ogromne inwestycje w budownictwo socjalne w latach 1930-1970. Dziesiątki tysięcy ludzi dostało wtedy własny kąt, a mały domek 2-up-2-down, z dwiema sypialniami na górze i dwoma pokojami na dole, stał się popularnym elementem krajobrazu miejskiego w Irlandii. O, taki:

10 Dublin corporation house windows ideas | house windows, house, windows

W jakim i ja mieszkam.

Po paru minutach wjechaliśmy do starszej części miasta, kawałeczek dalej jest teren Guinnessa, który w roku 1795 ten skuteczny przedsiębiorca wydzierżawił od miasta za grosze – czyli 45 funtów na rok – na 9000 lat! Skręciliśmy w lewo, przejechaliśmy przez most na rzecze Liffey i naszym oczom ukazał się obrazek znany z tysięcy pocztówek:

Dublin Travel Guide & Tips | Condé Nast Traveler

Szeroko rozlana rzeka, przecinająca miasto na biedną północ i bogate południe, otoczona niziutką, najwyżej trzypiętrową zabudową, ze sklepami i biurami na parterze. Nisko, płasko, szeroko. Dwie najważniejsze arterie miasta – na wschód, po północnej stronie rzeki i na zachód, po południowej – łączą port i największy park Europy.

Ale my skręciliśmy w lewo, minęliśmy handlowe serce miasta – O’Connell Street, Henry Street, St. Mary Street – i wjechaliśmy w biedniejszą dzielnicę starych czynszówek, dirty old town, gdzie dziś zamiast rdzennej Irlandzkiej biedoty, służących, kwiaciarek i ulicznych sprzedawców, częściej mieszkają imigranci: Chińczycy, Pakistańczycy, Hindusi i oczywiście Polacy. Po prawej Summerhill, jedna z najbardziej zaniedbanych i niebezpiecznych dzielnic centrum Dublina, z ogromną przestępczością i problemem narkotykowym. Tylko trochę dalej po prawej, ale niżej, bliżej rzeki, usadowiły się nowe inwestycje Google, eBaya, Facebooka. Biurowce i błyszczące, szklane apartamenty, które można wynająć za dwa tysiące euro dzieli tylko dziesięć metrów asfaltu od starych, rozpadających się czynszówek i mieszkań komunalnych.

Jedziemy dalej. Dublin jest karłowaty, rozlany, płaski, ciągną się rzędy identycznych – starszych, trochę droższych, bo większych i bardziej przestrzennych, po-angielskich domów:

61 Connaught Street, Phibsboro, Dublin 7 - O'Connor Shannon - 4432660 -  MyHome.ie Residential

I nowszych, robotniczych, tańszych, mniejszych, o prostej, wręcz purytańskiej konstrukcji, pokłosie wielkiego budownictwa społecznego ubiegłego wieku:

95 Finglas Park, Finglas East, Finglas, Dublin 11 is for sale on Daft.ie

Większość z tych domków jest już w rękach prywatnych, a ich cena często znacznie przekracza 300 tys euro! (oczywiście zależnie od dzielnicy).

Rzadko jakiś budynek jest wyższy niż trzy piętra, najsłynniejsze blokowisko w Ballymun (o którym śpiewało U2 w tej piosence) zostało właśnie niedawno zburzone.

I tak jechaliśmy i jechaliśmy, ja z przodu, na samej górze wysokiego, trzęsącego Dublińskiego autobusu, sama, ciesząca się tą sobotnią samotną podróżą, a poniżej tłumy Dublińczyków, zdążających na mecz Gaelic Footbal, pierwszą imprezę masową od-nie-wiadomo-kiedy, korzystających z ostatniego jesiennego słońca, ucieszonych, roześmianych, zmęczonych, zabieganych, zrelaksowanych, z rodzinami, flagami, wózkami, gołymi nogami i w krótkich rękawkach.

Zdałam.

Adek

Przyjechali. Zostają dziesięć dni, będą ‚brudzić i budzić’ jak mówi Mi. (Jeszcze dwa dni temu wysprzątałam cały pokój, nie był tak czysty chyba od przeprowadzki.) Ale i tak się cieszymy. Mo spędziła z nimi cały wieczór w pokoju, oglądając bajki na łóżku z Renią.

Przez prawie dwa miesiące szwendali się po Europie, zazdroszczę im takich wakacji. Skończyli w Londynie, gdzie, jak mówią, ‚nie ma żadnego wirusa’ i wszystkie kluby i bary pootwierane. Londyn ich oczywiście zachwycił i zaczarował, jak potrafi to zrobić z każdym młodym człowiekiem. A młody Irlandczyk to już w ogóle nie ma szans, żeby się temu miastu się oprzeć. Wszyscy mówią po angielsku i wszyscy kochają Irlandczyków. Teraz, bo kiedyś różnie z tą miłością bywało, oczywiście.

Przyjechali razem, mimo, że Renia już nie ma, jak to się mówi, ‚interesów życiowych’ w Dublinie, bo jest z Irlandii Północnej, tutaj tylko studiowała. Ale są teraz nierozłączni, rozumiem, że chcą jeszcze ze sobą pobyć zanim Adek wyjedzie do Bonn.

W sierpniu do Wrocławia przyjechały ich dwie koleżanki. Mieszkali wszyscy w AirBnB, u dziadków byłoby ciasno, a u wujka daleko od centrum, ale Adek chciał jeszcze się zobaczyć z dziadkami i wymyślił, że przyjdą do nich i ugotują im obiad. Przewidując możliwe katastrofy, odwiodłam go od tego pomysłu, więc postanowił zaprosić dziadków do restauracji na obiad z koleżankami.

Był to najbardziej osobliwy obiad na jakim byłam.

Adek, trzy jego koleżanki Irlandki (jedna z pochodzenia Łotyszka, co jest istotne dla dalszej części historii), moi rodzice i ja. Babcia w ogóle nie zna angielskiego, dziadek trochę rozumie, choć słabo mówi. Miałam dojechać godzinę później, ale kiedy przyjechałam, dziadkowie jeszcze się ubierali, a Adek im pomagał. Bardzo się ucieszył, że jestem. Dziewczyny już były w restauracji i jadły zupę.

Kiedy dotarliśmy, dziewczyny były po zupie i pierwszym drinku. Babcia zamówiła pierwsze i drugie danie, my tylko drugie. Dziewczyny zamówiły po drugim drinku. Babcia jadła zupę. Dziadek, który rzadko pije, zamówił piwo. Babcia jadła zupę. Ja zamówiłam drinka. Babcia zapomniała lekarstw, więc pobiegłam po nie do domu. W międzyczasie przynieśli danie główne. Dziadkowi nie smakowała wątróbka z koniakiem i stwierdził, że kiedyś jak się szło do knajpy to jedzenie było jak domowe i można było się najeść, a teraz cudują. Z tego wszystkiego zamówił drugie piwo. Babcia zaczęła śpiewać po polsku improwizowaną piosenkę pt. ‚siedzimy sobie tutaj wszyscy i bardzo się cieszymy’, rozedrganym, modulowanym głosem z Lwowskim akcentem. Dziadek opowiadał o swoich studiach w Moskwie i wykładowczyni z Łotwy, która się nazywała tak i siak. Pytał się, czy koleżance Adka coś mówi to nazwisko. Nie mówiło. Babcia przestała śpiewać. Dziadek zamówił trzecie piwo. Dziadek zaczął dyskusję, jaki to język angielski jest brzydki, nie to co śpiewny język rosyjski. Zaczał śpiewać ‚na stiepach za dikim Bajkałom..’. Dziewczyny zamówiły trzeciego drinka. Dziadek zamówił czwarte piwo i zaczął śpiewać narodowowyzwoleńcze pieśni radzieckie. Ja zamówiłam drugiego drinka. Dziadek zaczął namawiać Adka, żeby śpiewał razem z nim.

Impreza miała jeszcze duży potencjał, kiedy zarządziłam opuszczenie restauracji. Koleżanki dobrze się bawiły. Adek zapłacił za wszystkich. Wydawał się bardzo kontenty z przebiegu całego wyjścia. Jestem dumna z mojego syna.

Ciągle dzieci

Jeszcze wczoraj dzwonił do mnie spanikowany z Hiszpanii:

-Mama, kurcze AirBnB odwołało nam noclegi w Londynie, facet jest w szpitalu, a teraz wszystko drogie albo daleko od centrum!

-Nie przejmuj się tak bardzo, zadzwonię do mojej koleżanki D, pewno zgodzi się was przenocować. Albo do T. Albo zapłać drożej, dołożymy ci.

Parę godzin później:

– Mama, kurcze, nie obczaiłem wcześniej, że do tego Londynu trzeba aż DWA testy! Jeden przed, a jeden dwa dni po! Nawet, jak jesteśmy zaszczepieni. To teraz nam to strasznie drogo wyjdzie!

-Nie przejmuj się, zróbcie sobie testy i się nie przejmujcie. Potraktuj to jak przygodę. Jakby co, dołożę się.

-Ale tu piszą, że ‚PRC test adviced’ z Hiszpanii, a my teraz zdążymy tylko antygenowe!

-To zróbcie antygenowe.

-Mama, ale co to znaczy, że ‚adviced’? Bo jak nie będziemy mieli testów, to kara 500 funtów!

Polecieli.

Przeszli przez granicę bez żadnych niespodzianek. AirBnB dorzucił im do nowego noclegu.

Nie muszę dodawać, że nawet nie zadzwonił?;D

Ale od czego ma się synową. Wysłałam smsa ‚przeszliście?’ i natychmiast dostałam odpowiedź ze szczegółami.

Jutro idą do teatru, a pojutrze na koncert, który był przyczyną tego całego wyjazdu.

Ale im zazdroszczę!

Kreski

Przeziębienie nie chciało się skończyć, więc przed urodzinową imprezą znajomego dziecka postanowiłam zrobić testy. Wiadomo jakie.

Nie, żebym chciała sama z siebie – w końcu jestem zaszczepiona dwiema dawkami i NIC mi nie jest poza zwykłym katarem i objawami przeziębienia (bólem mięśni, osłabieniem), ale mama dziecka to panikara.

Najpierw zrobiłam Morince, która też podziębiona od tygodnia. Wynik negatywny.

I wtedy włączyło mi się moje skąpstwo (które nazywam oszczędnością) – jeden test 8 euro, jeśli Mo nie ma covida, to jakie jest prawdopodobieństwo, że ja, ZASZCZEPIONA, mam? Bujałam się z tym pytaniem cały wieczór…

Ale następnego dnia, pół godziny przed wyjściem na urodziny, zdecydowałam, że raz kozie śmierć. Lubię koleżankę bardzo, zrobię to dla jej spokoju ducha. Pewno wyjdzie negatywny, ale będę mogła popatrzeć koleżance w oczy i powiedzieć, że OBIE się testowałyśmy… Machnęłam szybko co trzeba było, cyknęłam jeszcze fotkę na WhatsApp, że oba testy z jedną kreską i juhu! zaraz będziemy, zapakowałam prezent i kartkę od Mo i poszłam siku.

A jak zeszłam na dół, to zobaczyłam to:

Widzicie coś?

Dla niedowidzących podpowiadam, że zobaczyłam tak zwanego bladawca, znanego niektórym z testów ciążowych.

Jak tylko ujrzałam ten blady, ledwo-co-widoczny zarys kreski, zrobiło mi się słabo. I poczułam, że nie mogę złapać oddechu;D

Nagle poczułam się bardzo chora.

Mięśnie zaczęły mnie OKROPNIE boleć.

(A już tak dobrze mi szło! cały dzień bez apapu!)

W międzyczasie Mo, która bardzo chciała pójść na urodzinowe przyjęcie, zaczęła pocierać ledwo-co-widoczną kreskę, żeby zniknęła, a że jak zwykle miała paluchy brudne od rysowania, to na kresce dodatkowo zostawiła plamkę.

Widzicie plamkę?

I teraz już nic nie było widać.

Napisałam koleżance, że niestety, taka sytuacja.

Morinka zaczęła płakać.

Koleżance zrobiło się szkoda małej dziewczynki całej wyszykowanej na przyjęcie i postanowiła przyjść na chwilę z dwiema innymi koleżankami, kanapkami, muffinkami urodzinowymi Paw Patrol, żelkami nieznanej marki, guacamolą, maseczkami baby shark, talerzykami baby shark i chusteczkami baby shark. Spotkałyśmy się na zewnątrz, w odpowiedniej odległości, w maseczkach.

Mo przestała płakać, a zaczęła się napychać żelkami i pawpatrolem.

W międzyczasie wrócił Mi – a był to pierwszy dzień jego nowej pracy! – więc i jemu zaordynowałam test. Negatywny.

Koleżanki poszły.

A we mnie nagle odezwał się naukowiec i dawaj, z ciekawości zrobiłam sobie jeszcze jeden test, jak szaleć to szaleć!, a co tam 8 euro.

Od lewej: test Mi, mój nowy, plama

Bladawiec pojawił się znowu, choć muszę przyznać, że nie wszyscy go tam widzą. Wysłałam zdjęcie całej mojej rodzinie, a rodzina podzieliła się na dwa obozy: ‚nic tam nie ma‚ i ‚wyraźnie widzę bladą kreskę‚.

Zaczęła mnie WYRAŹNIE boleć głowa.

Poczułam ulgę, że wreszcie mam usprawiedliwienie dlaczego od TYGODNIA nie skosiłam trawy w ogrodzie i nie posprzątałam chałupy. Siedząc w domu.

PS.

Dziś wszyscy pojechaliśmy zrobić oficjalne testy.