Dziś w przyrodzie zmiana dekoracji.
Chłodno. Niebo zachmurzone, ale nie pada. 18 stopni, co przy wczorajszych 25 daje uczucie przenikliwego chłodu.
Wczoraj obcinałam, wycinałam, plewiłam, wyrywałam – ogród coraz mniej przypomina dżunglę, przynajmniej z przodu domu. Nie mogę się zdecydować, czy lubię prace ogrodowe, czy jednak mnie to wkurza, że tak ciągle coś trzeba przycinać, sadzić, plewić, nawozić. Może problemem jest zbyt rzadkie robienie przerw na kawkę i książeczkę?;)
Do samolotu kupiłam sobie Zapach Trawy o polskich hipisach i ich dzieciach i chorując te parę dni przeczytałam całą. Bardzo dobrze się czytało do jakiejś 20 strony, kiedy dotarło do mnie, że ten słodki ton będzie się już ciągnął do końca książki. Potem czytało się tylko dobrze, ale wciąż jednak z ciekawością. Autorka starała się oddać głos samym hipisom, żeby zrozumieć co tak naprawdę oznacza dla zainteresowanych, ale brakowało mi trochę bardziej krytycznego podjeścia do tematu. I więcej realizmu, bo niewątpliwie podróż duchowa ma pewien subiektywny sens, ale narkotyczne wizje, przeczucia, wibracje, energie i aury to już było dla mnie za dużo.
Poza tym okazało się, że szkoła Mo zacznie się szóstego września, bo nie skończyli remontu. A już się cieszyłam na moje cudowne samotne poranne godziny pracy w domu!