Wracam do żywych. Już wysłałam Mi po test covidowy, cobym nie zarażała jakiś przypadkowych ludzi, ale w Lidlu nie było, więc nie zrobiłam i wyzdrowiałam.
Odzwiedziła mnie dziś koleżanka antyszczepionkowa i stwierdziła, że wszyscy tak chorują po szczepionce. A szczególnie ci zaszczepieni podwójnie. A więc mam na co zwalić. Koleżanka wpadła tak niespodziewanie, niezapowiedzianie i naprawdę się ucieszyłam na jej widok. Do przepychanek facebukowych obie świadomie nie nawiązujemy. Piłyśmy kawkę na słońcu w zarośniętym ogrodzie, koleżanka była akurat na przerwie obiadowej. Takie plusy pracy z domu.
Smutno mi. Dotarło do mnie, że Adek to już się tak wyprowadził na zawsze. Pewno, będzie nas odwiedzał, ale już nie będzie (raczej) z nami mieszkał. A to różnica. Kierownik zamieszania. Budzacz nocny. Niby i tak już tylko pomieszkiwał u nas, ale jak przychodził, to robił taki zamęt, że jakby tłum ludzi przeszedł nam przez dom. A teraz cisza, nawet z Morinką jest bardzo spokojnie.
Takie dziwne uczucie, jak dziecko wyprowadza się z domu. Tyle przeróżnych przejść, wydarzeń, trudności, problemów, tyle wysiłku i pracy, tyle razem przeżyliśmy. Tak mu tu było ciężko. Mój synek. Nawet Mi przyznał, że za nim tęskni, a tak już marudził na niego.