Dziś kupiłam bilety powrotne do Irl. Wracamy za tydzień. Cieszę się.
Dziś mijają dwa miesiące, od kiedy przyleciałam do Polski. Trudno mi pisać, bo jestem w środku strumieniawiruprzeciągu wszystko właśnie się dzieje i jeszcze nie wiem, co czuję. Niby nie dzieje się nic, zwykłe życie, żadnych dramatów, a jednak coś mi się w życiu i głowie przewala i trudno mi zachować pion.
Cały wyjazd upłynął mi na chodzeniu po lekarzach, badaniach, kontrolowaniu lekarstw, zabiegach okołozdrowotnych i pielęgnacyjnych. Leczeniu mamy, Mi i siebie.
Pierwszy miesiąc z mamą, z którą było spokojnie i przyjemnie, dopóki NAGLE nie było spokojnie. Z mamą życie to jak stąpanie po kruchym lodzie, spacer przed burzą, zachód słońca przed czarną nocą. Mała drobnostka potrafił wytrącić mamę z tego stanu kruchej równowagi – maślanka wypita w południe, którą mama lubi, ale nie powinna pić, nieobcięte paznokcie, którymi zadrapała nogę, przeoczona zmiana dawki leków. Krwotok w wannie, taki, którego nie sposób zatamować, sensacje żołądkowe, po których trzeba myć całą łazienkę, puls tak niski, że nie wyczuwalny.
Burza, walą pioruny, ściana deszczu, mama słabo się czuje, mierzę jej ciśnienie, a aparat nie wykrywa pulsu. Przez chwilę mam wrażenie, że już nie żyje, tylko może jeszcze ani ja ani ona o tym nie wiemy. Kryzys nadchodzi niespodziewanie i może mieć Bardzo Poważne Konsekwencje. Stary człowiek jest kruchy.
Mama mnie rozczula w tej swojej kruchości i bezradności, kiedy po śniadaniu staje zagubiona po środku kuchni i pyta się ‚Aniu, a co ja mam teraz robić?’. Albo kiedy przyjeżdżam do niej po południu, żeby ją zabrać do lekarza, a mama mówi, że nie spała od trzeciej w nocy, żeby zdążyć spakować się do lekarza. I że przygotowała już torbę z Bardzo Ważnym Rzeczami, ale właśnie ją gdzieś zgubiła.
-Mamo, ale co ty chcesz brać na wizytę?
-Nie wiem właśnie.
Znajduję jakąś torbę szmacianą i pakuję chusteczki, wodę, podpaski. Chowam również spirytus salicylowy, na jej wyraźną prośbę. (Mama nigdzie się nie rusza bez spirytusu salicylowego).
Z mamą jest w miarę dobrze, jej lekarki są obecnie zachwycone i to właśnie jest najtrudniejsze. Widzę, że to już teraz szczyt jej możliwości i trudno spodziewać się czegoś lepszego w przyszłości. Była była nawet z nami nad morzem! Ale połowa wyjazdu upłynęła jej na siedzeniu w pokoju, bo do ogródka i na dwór trzeba było zejść po schodach, więc dawała radę tylko dwa razy dziennie, wiecznym szukaniu czegoś i krzątaniu się koło swoich leków, balsamów, opatrunków. Miała problemy żołądkowe w nocy, poszła wziąć prysznic, ale kąpała się w zimnej wodzie, tak strasznie zmarzła, że nie mogła się rozgrzać, siostra ją nacierała ręcznikiem i uszkodziła jej naczynko krwionośne na nodze, a że mama bierze leki na rozrzedzenie krwi, przez następne trzy godziny siostra próbowała jej zatamować krwawienie. Rano łóżko wyglądało jak po rzezi: kapa, prześcieradło, piżama – wszystko zakrwawione. I takie właśnie trudne jest to wszystko.
Dodajcie sobie do tego oczywiście nasze wizyty u stomatologów, jak to zwykle bywa u Polaków mieszkających na stałe zagranicą, mój zabieg z krótkotrwałą narkozą, zabieg i trzydniowy pobyt w szpitalu Mi, przeróżne kontrolne wizyty lekarskie i mnóstwo badań, koniecznych przed zabiegami. Moja hipochondria tak się utuczyła, że trudno mi teraz wrócić do równowagi.