Zapach deszczu

Dziś w przyrodzie zmiana dekoracji.

Chłodno. Niebo zachmurzone, ale nie pada. 18 stopni, co przy wczorajszych 25 daje uczucie przenikliwego chłodu.

Wczoraj obcinałam, wycinałam, plewiłam, wyrywałam – ogród coraz mniej przypomina dżunglę, przynajmniej z przodu domu. Nie mogę się zdecydować, czy lubię prace ogrodowe, czy jednak mnie to wkurza, że tak ciągle coś trzeba przycinać, sadzić, plewić, nawozić. Może problemem jest zbyt rzadkie robienie przerw na kawkę i książeczkę?;)

Do samolotu kupiłam sobie Zapach Trawy o polskich hipisach i ich dzieciach i chorując te parę dni przeczytałam całą. Bardzo dobrze się czytało do jakiejś 20 strony, kiedy dotarło do mnie, że ten słodki ton będzie się już ciągnął do końca książki. Potem czytało się tylko dobrze, ale wciąż jednak z ciekawością. Autorka starała się oddać głos samym hipisom, żeby zrozumieć co tak naprawdę oznacza dla zainteresowanych, ale brakowało mi trochę bardziej krytycznego podjeścia do tematu. I więcej realizmu, bo niewątpliwie podróż duchowa ma pewien subiektywny sens, ale narkotyczne wizje, przeczucia, wibracje, energie i aury to już było dla mnie za dużo.

Poza tym okazało się, że szkoła Mo zacznie się szóstego września, bo nie skończyli remontu. A już się cieszyłam na moje cudowne samotne poranne godziny pracy w domu!

Wyjazdy i powroty

Wracam do żywych. Już wysłałam Mi po test covidowy, cobym nie zarażała jakiś przypadkowych ludzi, ale w Lidlu nie było, więc nie zrobiłam i wyzdrowiałam.

Odzwiedziła mnie dziś koleżanka antyszczepionkowa i stwierdziła, że wszyscy tak chorują po szczepionce. A szczególnie ci zaszczepieni podwójnie. A więc mam na co zwalić. Koleżanka wpadła tak niespodziewanie, niezapowiedzianie i naprawdę się ucieszyłam na jej widok. Do przepychanek facebukowych obie świadomie nie nawiązujemy. Piłyśmy kawkę na słońcu w zarośniętym ogrodzie, koleżanka była akurat na przerwie obiadowej. Takie plusy pracy z domu.

Smutno mi. Dotarło do mnie, że Adek to już się tak wyprowadził na zawsze. Pewno, będzie nas odwiedzał, ale już nie będzie (raczej) z nami mieszkał. A to różnica. Kierownik zamieszania. Budzacz nocny. Niby i tak już tylko pomieszkiwał u nas, ale jak przychodził, to robił taki zamęt, że jakby tłum ludzi przeszedł nam przez dom. A teraz cisza, nawet z Morinką jest bardzo spokojnie.

Takie dziwne uczucie, jak dziecko wyprowadza się z domu. Tyle przeróżnych przejść, wydarzeń, trudności, problemów, tyle wysiłku i pracy, tyle razem przeżyliśmy. Tak mu tu było ciężko. Mój synek. Nawet Mi przyznał, że za nim tęskni, a tak już marudził na niego.

Wróciliśmy

do domu.

Przywitał nas sąsiad, Dave. Fotograf samouk, gra również na banjo (swego czasu chciałam go swatać razem ze znaną skądinąd Kasią Frey’ą, która miała idealną babkę dla niego). Zdał relację (‚nic się nie działo’) i pożartował.

Słońce. Ostatnie dni lata w Irlandii, choć przekwitłe rośliny nadają już jesienny ton. Ja przeziębiona, z katarem do pasa, jeszcze wczoraj nie mogłam się powstrzymać i trochę ogarniałam ogród i dom, ale już dzisiaj głównie leżę w łóżku.

Ogród wybujał. Powojnik, który obcieliśmy na wiosnę tak, że aż się bałam, że nie przeżyje, jest dwa razy większy, niż był przed obcięciem. Pnącze, które dwa lata temu dwa lata temu było dziesięciocentymetrową sadzonką, pokazało swe prawdziwe oblicze i jako boa dusiciel zajęło CAŁY czterometrowy mur i prawie zadusiło mi róże. (Mi już pnącze wykopał). Virginia Creeper (nie mogę znaleźć polskiej nazwy) rozrosła się na sąsiednią ścianę i chodnik, przykryła baldachimem suche drzewo fuksji, złamane w zimie przez dzieciaki i zostawione w kącie na wieczne przydasie. Passiflora zajęła całą swoją ścianę i poszła do sąsiadki, Virginii.

To było maleństwo dwa lata temu!

Trawa do kolan. Chwasty jeszcze większe. Nawet rowerek Mo został pochłonięty przez przyrodę.

Rośliny pokojowe wyglądają jak po wojnie. Przed wyjazdem poprosiłam Mi, by wystawił je wszystkie do ogrodu, na półcienistą grządkę wschodnią, żeby nie męczyć nikogo podlewaniem przez całe wakacje. Dwa skrzydłokwiaty połowę liści miały zasuszonych i poczerniałych, musiałam część liści obciąć i rośliny wyglądają dość łyso. Ale żyją. Jedna z orchideii nie przeżyła lata na grządce, ale nie było łatwo, kiedy Mi zostawił ją w spodniej doniczce, w której stała w wodzie. Ale druga wygląda w miarę dobrze, choć nie wiem, czy jeszcze zakwitnie, choć to akurat standard z orchideami u mnie. Jedna paproć się zgubiła, a druga posiwiała. Ale anturium kwitnie! i wygląda lepiej niż wcześniej w domu. Kwiatki Morinki mają się w miarę dobrze, tak samo jak zygokaktus. Kwiatek od Ren wygląda jakby nie był na żadnych wakacjach. Czyli tak samo. Wężownice również niewzruszone tym całym zamieszaniem. Tylko ślimaki mi poskładały jaja do doniczek i teraz głowię się, co z tym zrobić – boję się stada ślimaków rozpełzającego się po całym domu.

Dobrze być w domu, mimo wszystko.

Ale mamunia smutna

Mi czuje się dobrze, widzę, że wraca do formy. Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak bardzo się bałam, w końcu to wycięcie połowy organu! Ja też po małym zabiegu pod narkozą, ale u mnie to mały pikuś, choć kosztowało cztery i pół tysiąca, a lekarz chciał pieniądze do ręki. Takie klimaty. Były ordynator oddziału Ginekologii i Położnictwa, pewno przyzwyczajony do nielegalnych aborcji;D

Ale na tym na razie koniec naszych zdrowotnych peregrynacji. Mam nadzieję, że przynajmniej na rok, bo pewno i rok nam zajmie spłata zdrowotnych długów.

Postanowiłam wykupić nam prywatne ubezpieczenie w Irlandii – tutaj nie ma publicznej darmowej służby zdrowia, jak w UK czy Szwecji, w Irlandii najubożsi (ok. 30% populacji) mają tzw. medical card, która uprawnia do darmowego leczenia (łącznie z lekami), część społeczeństwa (obecnie ponad 40%) ma wykupioną prywatną opiekę zdrowotną, która uprawnia do różnych zniżek, zależnie oczywiście od poziomu ubezpieczenia, a nieubezpieczeni prywatnie ani publicznie czekają i płacą za usługi, z tym, że np. koszty pobytu w szpitalu publicznym są pokrywane przez państwo po przekroczeniu 800 euro rocznie (czyli np. operacja serca jest nawet dla nieubezpieczonych prawie darmowa). Mogą też nie czekać i płacić za usługi zupełnie prywatne, ale to są ogromne pieniadze. Właściwie główną różnicą pomiędzy ubezpieczonymi i całą resztą jest szybkość reagowania i wdrażania odpowiedniego leczenia – publiczna służba zdrowia słynie z długich kolejek na różne procedury, np. na operację biodra czeka(ło) się parę lat. To właśnie czekanie dopadło Mi, kiedy parę miesięcy temu, gdy covid trochę odpuścił, poszedł do lekarza rodzinnego. Lekarz go wysłał na kontrolę tarczycy, w międzyczasie hakerzy włamali się do Irlandzkiego systemu opieki zdrowotnej, co spowodowało kolejne obsuwy i opóźnienia i tak sobie czekał na wizytę u endokrynologa i czekał. Nie mówiąc już o ewentualnej operacji.

Ostatnie dni w Polsce. Mamunia smutna, że wyjeżdżam. Ale zostawiam ją w dobrej formie.

Tęsknię za naszym domem. Trawa nie koszona przez dwa miesiące. Ciekawe, czy kwiaty w doniczkach przeżyły w ogrodzie. Mam nadzieję, że nie ukradli mi roweru.

Dostałam już plan zajęć na przyszły rok, a Mi dostał nową pracę, dobrze płatną i tam, gdzie chciał.

Była z tym cała przeprawa, bo organizacja owa tuż przed wyjazdem Mi do Polski ogłosiła, że kogoś szukają i mój mąż pracoholik wymyślił sobie, że nie pojedzie na wakacje, bo chce aplikować, a rozmowy miały się odbywać właśnie wtedy, kiedy mieliśmy być nad morzem. Uparłam się, żeby wysłał CV i napisał w mailu, że akurat leci do Polski, bo nie miał wakacji i nie widział rodziny przez dwa lata i czy może mieć rozmowę przez internet, jak wróci znad morza. Zgodzili się, bo w Irlandii wiedzą, że holiday to rzecz święta i każdemu należy się jak psu buda, a tym bardziej obcokrajowcowi, który nie widział rodziny. Dwa lata. Zatem zaraz po powrocie znad morza miał rozmowę i pół godziny po niej zadzwonili, że dostał pracę:)

Zaczyna 1 września. Musi tylko zrobić prawko w dziewięć miesięcy, ale jak kobiety daja radę zrobić nowego człowieka, to da sobie radę z prowadzeniem samochodu. Prawda? Na szczęście tuż przed wyjazdem, rzutem na taśmę zdał egzamin teoretyczny (tak, ten sam, który mi odwoływali SZEŚĆ razy w tym roku) i jak znam mojego Mi, tak się uprze, że będzie wkrótce jeździł.

Kruchość życia

Dziś kupiłam bilety powrotne do Irl. Wracamy za tydzień. Cieszę się.

Dziś mijają dwa miesiące, od kiedy przyleciałam do Polski. Trudno mi pisać, bo jestem w środku strumieniawiruprzeciągu wszystko właśnie się dzieje i jeszcze nie wiem, co czuję. Niby nie dzieje się nic, zwykłe życie, żadnych dramatów, a jednak coś mi się w życiu i głowie przewala i trudno mi zachować pion.

Cały wyjazd upłynął mi na chodzeniu po lekarzach, badaniach, kontrolowaniu lekarstw, zabiegach okołozdrowotnych i pielęgnacyjnych. Leczeniu mamy, Mi i siebie.

Pierwszy miesiąc z mamą, z którą było spokojnie i przyjemnie, dopóki NAGLE nie było spokojnie. Z mamą życie to jak stąpanie po kruchym lodzie, spacer przed burzą, zachód słońca przed czarną nocą. Mała drobnostka potrafił wytrącić mamę z tego stanu kruchej równowagi – maślanka wypita w południe, którą mama lubi, ale nie powinna pić, nieobcięte paznokcie, którymi zadrapała nogę, przeoczona zmiana dawki leków. Krwotok w wannie, taki, którego nie sposób zatamować, sensacje żołądkowe, po których trzeba myć całą łazienkę, puls tak niski, że nie wyczuwalny.

Burza, walą pioruny, ściana deszczu, mama słabo się czuje, mierzę jej ciśnienie, a aparat nie wykrywa pulsu. Przez chwilę mam wrażenie, że już nie żyje, tylko może jeszcze ani ja ani ona o tym nie wiemy. Kryzys nadchodzi niespodziewanie i może mieć Bardzo Poważne Konsekwencje. Stary człowiek jest kruchy.

Mama mnie rozczula w tej swojej kruchości i bezradności, kiedy po śniadaniu staje zagubiona po środku kuchni i pyta się ‚Aniu, a co ja mam teraz robić?’. Albo kiedy przyjeżdżam do niej po południu, żeby ją zabrać do lekarza, a mama mówi, że nie spała od trzeciej w nocy, żeby zdążyć spakować się do lekarza. I że przygotowała już torbę z Bardzo Ważnym Rzeczami, ale właśnie ją gdzieś zgubiła.

-Mamo, ale co ty chcesz brać na wizytę?

-Nie wiem właśnie.

Znajduję jakąś torbę szmacianą i pakuję chusteczki, wodę, podpaski. Chowam również spirytus salicylowy, na jej wyraźną prośbę. (Mama nigdzie się nie rusza bez spirytusu salicylowego).

Z mamą jest w miarę dobrze, jej lekarki są obecnie zachwycone i to właśnie jest najtrudniejsze. Widzę, że to już teraz szczyt jej możliwości i trudno spodziewać się czegoś lepszego w przyszłości. Była była nawet z nami nad morzem! Ale połowa wyjazdu upłynęła jej na siedzeniu w pokoju, bo do ogródka i na dwór trzeba było zejść po schodach, więc dawała radę tylko dwa razy dziennie, wiecznym szukaniu czegoś i krzątaniu się koło swoich leków, balsamów, opatrunków. Miała problemy żołądkowe w nocy, poszła wziąć prysznic, ale kąpała się w zimnej wodzie, tak strasznie zmarzła, że nie mogła się rozgrzać, siostra ją nacierała ręcznikiem i uszkodziła jej naczynko krwionośne na nodze, a że mama bierze leki na rozrzedzenie krwi, przez następne trzy godziny siostra próbowała jej zatamować krwawienie. Rano łóżko wyglądało jak po rzezi: kapa, prześcieradło, piżama – wszystko zakrwawione. I takie właśnie trudne jest to wszystko.

Dodajcie sobie do tego oczywiście nasze wizyty u stomatologów, jak to zwykle bywa u Polaków mieszkających na stałe zagranicą, mój zabieg z krótkotrwałą narkozą, zabieg i trzydniowy pobyt w szpitalu Mi, przeróżne kontrolne wizyty lekarskie i mnóstwo badań, koniecznych przed zabiegami. Moja hipochondria tak się utuczyła, że trudno mi teraz wrócić do równowagi.

Operacja

Cały wyjazd upływa nam na wizytach u lekarzy, począwszy od stomatologa a skończywszy na ginekologu.

Z mamcią chodzę w kółko na jakieś ważne badania i konsultacje, samą siebie też zarejestrowałam do paru ekpertów. Moja hipochondria kwitnie:)

Wysłałam też oczywiście Mi do różnych ważnych specjalistów i okazało się, że musi mieć wyciętą połowę tarczycy, najlepiej jak najszybciej. Wiedzieliśmy o guzie od paru lat, ale okazało się, że się bardzo powiększył i powoduje obecnie ogromną nadczynność tarczycy. Zdecydowaliśmy się wyciąć go w Polsce, prywatnie, w Irl od paru miesięcy czekał na konsultację z endokrynologiem i się jeszcze nie doczekał. Tarczyca mojej mamie zrujnowała serce, więc nie ma na co czekać.

Właśnie jest na sali operacyjnej.

Trzymajcie kciuki, proszę. Mówiłam mu w razie czego, żeby nie szedł w stronę światła.

Bałtyk

Byliśmy nad morzem, które jak zwykle nas zaczarowało. Bałtyk potrafi być cudowny, zwłaszcza, jak się ominie najbardziej popularne rejony. Pływaliśmy codziennie w niesamowicie ciepłej wodzie, w porównaniu z morzem Irlandzkim. Bałtyckie standardy: letnie temperatury, dwukilometrowy spacer na plażę przez balsamiczny, sosnowy las, piękny piasek (bo w Irlandii plaże są najczęściej kamieniste) i zachód słońca po właściwej stronie znowu mnie urzekły.

Niecały tydzień, za krótko, jak stwierdzili wszyscy, nawet moja mama, która – wydawałoby się – mogła się zmęczyć wakacjami. Byliśmy wszyscy, pięcioro rodzieństwa przyległościami i mama, tato tylko postanowił sobie zrobić wakacje od nas i od mamy i został ze swoją ukochaną działką.

Mo po raz kolejny odnowiła więź z kuzynami, skakali, pływali, bawili się, kłócili i godzili. Fajnie było obserwować, jak uczą się być w grupie i nie zawsze dostawać to, czego chcą. Wprowadziliśmy jedną wspólną zasadę dla wszystkich: żadnych słodyczy przed obiadem! i okazało się, że połowa problemów odpadła. Nie było przepychanek i płaczów przy stoiskach z lodami/goframi/żelkami kiedy schodziliśmy z plaży, a po obiedzie zadowolone, najedzone dzieci spokojnie podchodziły do propozycji ‚teraz ciocia weźmie was wszystkich na lody’.