Zmiana scenografii

Przyjechały moje dzieci, a potem Mi i dostaliśmy klucz do raju.

Na trzy dni.

Basen jest zaraz po lewej.

Zastanawiam się, czy jednak nie lepiej być bogatym.

Dom jak dom (trochę za duży jak na mój gust), ale ogród!

Jestem zazdrośnikiem ogrodowym.

Jak u Borgesa

Trzecia w nocy. W pokoju mamy zapalone światło, mama siedzi na łóżku i posiłkując się wielką lupą, skrobie coś w na karteczce.

– Mamo, co robisz?

– Wstałam i zapisuję.

– A co zapisujesz?

– Że wstałam i zapisuję.

Mama wszystko zapisuje. Najbardziej lubi liczby – waga, ciśnienie, ilość zażytych lekarstw, zawsze dokładnie odnotowuje czas pomiaru oraz czas wykonanej czynności, co do minuty. Jej matematyczne wykształcenie pozwala jej na zabawę liczbami: dodaje, mnoży, zauważa śmiesznostki, które rozśmieszają tylko matematyków, zbieżności, powtórzenia, podwojenia, tożsamości, przekształcenia. Wzory. Rytmy. Regularności.

Ale nie gardzi również krótkimi, zwięzłymi informacjami – o której wstała, co jadła, ile czasu była na spacerze, wszystko to koniecznie trzeba zapisać. Jakby rejestrowała na papierze ślady swojej egzystencji, gromadziła czarno na białym potwierdzenia, że jest, że była, twarde dowody na osobiste, indywidualne istnienie. Jej precyzja w rejestrowaniu rzeczywistości kontrastuje z potwornym bałaganem w jej pokoju, pełnym lekarstw, ciuchów, bandaży, rolek papieru toaletowego, paluszków, zasuszonych kwiatków i chusteczek, stosów pogniecionych, na wpół zużytych, porwanych, zrolowanych, pomiętych chusteczek higienicznych.

A może to wyraz tego samego pragnienia zatrzymania rzeczywistości, wszystkich ulotnych śladów egzystencji, nawet tak efemerycznych, jak zużyta chusteczka higieniczna.

Niedługo przylatują dzieci. Czekam.

Jestem dzieckiem

Zamykam oczy o północy i otwieram o dziewiątej rano.

I tak co noc, od kiedy przyjechałam do rodziców. Jakby w głowie wyłączał mi się taki bezpiecznik, który normalnie cały czas jest na czuwaniu. Jakby moje ciało szło lulu o dwunastej, bo za ścianą jest mama i tato.

Nigdy tak dobrze nie spałam. Od trzydziestu lat tak dobrze nie spałam. Jakby ta mama, którą się w dzień cały czas opiekuję, bo jest już taka nieporadna, na wpół ślepa i trzy razy wolniejsza od normalnego człowieka, w nocy na powrót stawała się w mojej głowie strażniczką snu, gwarancją bezpieczeństwa, Wielką Matką czuwającą nad snem swoich dzieci. Po prostu idę spać i rano budzę się sama z uczuciem, że już się wyspałam.

Czytam książki, tak jak sobie pozwoliłam. Żulczyka Informację Zwrotną połknęłam w trzy dni, dobre czytadło z porządnym tłem społecznym, które jako socjolog cenię czasem bardziej niż fabułę. Prawie skończyłam Czułą Przewodniczkę de Barbarro, prawie, bo na koniec mnie znudziła, psychologia dyrektywna prowadzi czytelnika w pewne ciekawe obszary i zostawia go tam, rozbudzonego i zaciekawionego, dając odpowiedzi na pytania zadane w zeszły czwartek. Takie trochę oczywiste oczywistości, ale jak wiadomo przyjemnie sobie przypomnieć czasem to, co już wiemy.

Na dzień ojca kupiłam tacie Chamstwo Pobłockiego i to jest kawałek dobrej literatury faktu. Gęsty tekst, więc wolno się czyta, trzeba się skupić i w głowie zrobić miejsce na perygrynacje historyczne. Sobie do obczyzny kupiłam wreszcie Ludową Historię Polski, dla lewaków pozycja obowiązkowa, ale ją sobie zostawiam na potem. A dziś wyszłam z księgarni z Królem Twardocha, kiedyś chciałam przeczytać, a dziś wpadł mi w oko, kiedy wstąpiłam na chwilę do księgarni w trakcie jedej z naszych z mamą wycieczek do lekarza (i na lody i kawkę). Zobaczymy.

Jak przyjechałam pachniał jaśmin. Teraz pachnie lipa. To są moje zapachy. W Polsce jest ciepło, to są moje temperatury, moje ciało je pamięta i lubi. Czasem spadnie ulewny deszcz, ale przeważnie nie trzeba nosic kurtki, bluzki z długim rękawem, skarpet i spodni, jak w Irlandii (Mo wczoraj do taty – a było aż 23 stopnie Celsjusza – ‚tato, a kiedy znowu będzie nice and cold?). W Polsce znowu jestem dzieckiem.