W piątek po szkole powiedziałam Mo, że wyjeżdżam.
Trochę sobie popłakała, ale w sumie przyjeła to nadzwyczaj spokojnie. Może dlatego, że Mi zaraz zaczał czarować jakie to fantastyczne rzeczy będą z tatkiem robić, a mama nie będzie mogła (i będziemy chodzić do galerii na ciasteczko i wysyłać mamie zdjęcia, jakie pyszne ciasteczko jemy!). A może jeszcze to przerabia.
Zarezerwowałam sobie cały weekend dla niej, żebyśmy się wyprzytulały na zaś, a nie było to trudne, bo i tak leżałam cały piątek w łóżku. Przez całe dwa dni do tego nie wróciła, chciałam ją nawet troszkę sprawdzić (dziś w ogrodzie: Mo, to będziesz podlewać kwiatuszki mamy, jak mnie nie będzie? Będziesz tacie przypominać, bo wiesz, że on zawsze zapomina!), ale wydawała się pogodzona z sytuacją.
Dopiero wieczorem, przy czytaniu bajeczki, robiła się powoli jakaś zła. (Dygresja: ja pilnuję mycia i czytam do snu, a potem jeszcze Mi buja i śpiewa piosenkę, taki mamy długi wieczorny rytuał). Czytam więc tę bajeczkę (którą Mo dobrze zna, bo czytamy ją po raz setny), a ona w trakcie zaczyna śpiewać. Proszę, żeby przestała, bo wie, że tego nie lubię – rozmawiałyśmy o tym nie raz, że ja nie jestem bajką z telewizji, której nie przeszkadza, jak w tym samym czasie ktoś śpiewa, mówi, wychodzi do innego pokoju czy robi kupę. Mo nie przestaje, więc zaczynam czytać coraz ciszej i ciszej, taki sobie sposób kiedyś wymyśliłam. Zaczyna płakać i każe mi wrócić do tych stron, które przeczytałam bardzo cicho. Nie zgadzam się i czytam dalej. Ryczy już całkiem głośno, cały czas. Czytam dalej, ale też ją przytulam, a ona ryczy i ryczy. Specjalnie chciała mnie zdenerwować, albo stworzyć okazję, żeby się wypłakać. Kończę czytać, przychodzi Mi, przejmuje ją i Mo się uspokaja. I dopiero do mnie dotarło, że chciała się ze mną pokłócić, chciała pokazać, jaka jest zła.
Ale oprócz tego spędziłyśmy bardzo fajne dwa dni.