Wszystkie prace domowe rozgrzebane, a ja nie mam siły wstać z łóżka, leżę i rozmyślam ‚covid-nie covid?’. (dygresja: ach, jak to cudownie być mamą dużych dzieci i do tego na urlopie, można sobie pochorować luksusowo! w łóżku! leżąc i czytając! hmm, może jednak dobrze, że nie mam więcej dzieci?).
Na razie objawy to zupełny brak sił i okropny ból mięśni, czyli na dwoje babka wróżyła, nie przejełabym się tym wcale, gdyby nie to, że lot do Polski mam za pięć dni.
A wczoraj pomalowałam białą ścianę, dwa razy, bo raz resztką starej farby, która nie starczyła na całą ścianę, ale pomyślałam sobie, że białe to białe, nie ma co szaleć i trzeba być ekologicznym (wiecie ile się wylewa niezużytych farb?? nie mam siły szukać danych, ale dużo), ale się okazało, że biel ma wiele odcieni i ściana wyszła w ciapki, jakby budowlańcy dopiero ją zaszpachlowali, więc musiałam nową całą puszkę kupić i jeszcze raz jechać i marnować kolejny dzień, choć to tylko jedna ściana. Jak pojechałam po jedną puszkę, to wróciłam z dwoma, bo w sklepie przypomniało się mi, że meble ogrodowe potrzebują farby, więc umyłam również stoliki i krzesła i zdarłam stary lakier, a potem jeszcze przejrzałam część rysunków Mo (potrzebuję osobnego pokoju na jej dzieła sztuki, bo produkuje je szybciej niż Warhol).
Ale dziś straszy mnie nieskończony front robót, a ja oddaję się czczym dywagacjom.
No dobra, czytam też książkę, DRUGĄ od początku urlopu, więc sukces, niedługo zacznę się chwalić stosikami;D Pierwsza książka to taka trochę popularno-naukowa, czyli nie do końca sie liczy (o społeczno-ekonomicznych czynnikach depresji, fajne czytadło, choć nie odkrywcze), ale teraz mam prawdziwą beletrystykę: podobno hiszpańska Anna Karenina (albo Wojna i Pokój, nie wiem jeszcze, nie skończyłam), pożyczona przez Moją Ulubioną Sąsiadkę. Nie wiem, jak przebrnę:)