Niemiecka dyscyplina potrzebna od października

Adek się dostał na magisterkę do Bonn, czyli tak, jak najbardziej chciał. Mówi, że uniwerek jeden z najlepszych z matmy w Europie. Dwa lata, tylko 200 euro opłata wpisowa, 240 e za pokoj w akademiku (w Irl pobudowali luksusowe akademiki przed pandemią, za które się płaci 1000 e miesięcznie!), studia za darmo, piękna lokalizacja, miasteczko studenckie, no i Niemcy! Duża szansa dla niego. Ma już odłożone trochę oszczędności, powinno mu starczyć na pierwsze pół roku.

Ale ja się najbardziej cieszę z innego powodu. Mojemu synowi przyda się trochę niemieckiej praktyczności, porządku, wstawania rano i dyscypliny. Nie będzie mieszkał z rodzicami (hurra!), czyli będzie musiał sobie poradzić w wielkim świecie, ale najważniejsze, że również i w małym świecie. Musi nauczyć się ogarniać codzienność: pranie, gotowanie, sprzątanie i wynoszenie śmieci. I to nie my będziemy się z nim o to codziennie przepychać:D (tralalala).

Będzie to również test dla jego związku z Renią, bo ona z kolei jedzie do Belfastu. Ale tylko na rok, czyli w przyszłym roku już by mogła w Niemczech zamieszkać, jakby dalej planowali życie razem, choć wiem, że są młodzi, więc się nie przywiązuję do tej myśli (choć bardzo ją lubię).

Bardzo się także cieszę, że nie jedzie do tych okropnych Angoli, jakoś po ostatnich historiach Brexitowych, zatrzymywaniu i deportacji tysięcy obywateli UE przestałam ich darzyć sympatią. A może za bardzo nasiąknęłam już irlandzkością, bo stosunek Irlandczyków do UK jest taki, jak Polaków do Rosji i Niemiec. Tylko bardziej. Byli pod okupacją przez 800 lat i prawie zupełnie stracili swój język. (Jak to łatwo nasiąknąc nacjonalizmem – muszę się pilnować, bo jeszcze się skończy tak, że się do Irish National Party zapiszę).

Coś tak czuję, że Adek już do mieszkania z nami nie wróci. Cieszę się. Niech podbija wielki świat na własny rachunek (i sprząta swój własny bałagan).