Dziękuję za wsparcie, chciałam napisać Wam, że to naprawdę dziwne, ale człowiekowi się (no trochę;) lepiej robi, jak podzieli się problemem i jeszcze inni mu mówią/piszą, że mu wpółczują i dobrze życzą. Jak wiadomo, czasem nie trzeba nic robić, ‚wystarczy być’ jak to swego czasu odkrył pewien ogrodnik u Kosińskiego;)

Wiecie, że oprócz Was powiedziałam tylko czterem osobom? Bo trudno coś takiego sobie samemu w głowie obracać, trzeba mieć wsparcie, trzeba mieć osoby, które można zanudzać swoimi smętami, zostawić u nich część swoich rozkminek, kiedy w środku wszystko się kotłuje i za mało ma się miejsca na swoje myśli.

Utrata ciąży to symbolicznie bogata katastrofa, naładowana emocjonalnie i ideologicznie, ożywia wiele trudnych kwestii, wywołuje mnóstwo konfliktów wewnętrznych, urealnia podstawowe pytania o istotę życia i śmierci, nasz sens i cel. Oznacza różne rzeczy dla osób w różnym wieku, o różnej pozycji ekonomicznej, inne dla kobiet, a inne dla mężczyzn. Trudno się w tym wszystkim odnaleźć, poczuć, co tak naprawdę nas boli najbardziej, co tak naprawdę tracimy, kiedy tracimy ten zlepek komórek, ten embrion, ten płód, to dziecko.

Dla niektórych kobiet jest to tragedia nieporównywalna z prawie niczym innym, wiem o czym piszę, moje ukochane dwie siostry nie mają dzieci. Oczywiście jest trochę inaczej, kiedy ma się już dzieci. Ale też boli. Tym bardziej, jak trzeba się pogodzić, że to już raczej ostatnia szansa była. Głowa wie, a serce się nie zgadza. Żałuję, że nie miałam, że nie mogłam mieć więcej dzieci wcześniej, jak patrzę na Mo, to nie mogę się nadziwić, że taki fajny mały człowiek dzieli ze mną życie. Bo Adek już na wylocie i nawet nie chce się przytulać;)