Dziś się okazało, że jednak nic z tego i tak mi jest bardzo, bardzo, bardzo smutno.

Bardzo starałam się nie ekscytować, mamrocząc do chwila do siebie mantrę, że ‚statystyka nie jest po mojej stronie’, no ale jednak nie ustrzegłam się wymyślania imion, wyobrażania sobie, jak to będzie, jak już będzie, jaką minę będzie miał Adek, jak mu powiemy, a jaką Mo, jak będzie je przytulać i jaka będzie zazdrosna.

Widzieliśmy je dziś na usg, mały zlepek komórek przypominający kształtem kijankę, przestał się rozwijać w 6tc, nie biło mu serce i od dwóch tygodni nie żył. Od dwóch dni trochę plamiłam i nawet się obwiniałam, że to przez bieganie, że może powinnam się bardziej oszczędzać, ale to nie miało żadnego znaczenia, bo od dwóch tygodni nie biło mu serce, a mój organizm, jak zwykle, jak zawsze, jak siedem lat temu, kurczowo go trzymał w środku i nie chciał sie z nim rozstać. Wiem, że tak lepiej, niż gdybym musiała za jakiś czas usuwać go siłą, ze względu na wady wrodzone, bo nie oszukujmy się, w moim wieku, to co jajo to genetyczne nieprawidłości, więc oczywiście wiem, że tak lepiej, bo inaczej winiłabym się do końca życia, pomino całej tej mojej racjonalności i kurczowego trzymania się rozumu. Wszystkimi siłami. Ale nie pomaga to na mój smutek. Od dwóch dni miałam delikatne skurcze i jeszcze się łudziłam, że tak bywa we wczesnej ciąży, jeszcze czytałam fora ciążowe i uspokajające artykuły, ale wczoraj poczułam, że już nie jestem w ciąży i właściwie dziś poszliśmy, żeby to potwierdzić.

Gdzieś głęboko, na jakimś pierwotnym a symbolicznym poziomie, dziecko oznacza triumf życia nad śmiercią.

A teraz znowu życie przegrało, a miało zatriumfować po tym okropnym, okropnym roku.

8 myśli na temat “

Dodaj komentarz