Czy chcę, czy podołam, czy mam na to ochotę – na następne dwa lata wstawania po pięć razy w nocy, siedzenia w pieluchach, smarkach i mleku? Do całego życia podporządkowanego wychowywaniu nowego człowieka, znowu? Do wiecznego żonglowania pracą, opieką nad dzieckiem, zobowiązaniami, do kompletnego BRAKU CZASU DLA SIEBIE?
Czy ktoś kiedykolwiek jest na to gotowy?
Pamiętam taki moment z malutką, chyba trzy miesięczną Morinką, kiedy po całym dniu spędzonym z marudzącym potworem czekałam jak na zbawienie na Mi, który akurat tego dnia kończył pracę koło piątej. I nie mogłam się doczekać. A potem, jak w końcu przyszedł, to stałam w kuchni i myłam naczynia, i to była właśnie ta moja CHWILA DLA SIEBIE, patrzyłam na drzewa za oknem i myślałam sobie, że chyba jednak to był błąd, że nie zdawałam sobie pracy, że nie pamiętałam już, jak bardzo ma się przechlapane, że naprawdę nie wiem, czy dam radę to wytrzymać. I czy sobie czegoś nie zrobię, nie pójdę sobie po prostu gdzieś. Że jest to po prostu nie do zniesienia i że nie wyobrażam sobie jeszcze ani dnia więcej, a co dopiero paru lat.
Ale pobudki siedem razy w nocy każdego by wykończyły. A potem było troszkę łatwiej, a potem znowu trudno, jak chciałam ją odstawić od piersi, kiedy miała 5 miesięcy, bo musiałam wrócić do pracy. Ale malutek nie dał sobie w kaszę dmuchać i w sumie karmiłam jeszcze trzy lata;D
A teraz jest najsłodszą małą dziewczynką, która wczoraj mówi mi ‚bardzo Cię kocham, mamusiu!’, a potem obraca się do taty i mówi na tym samym oddechu, ale trochę ciszej, tylko do niego: ‚Ale tatę kocham NAJBARDZIEJ NA ŚWIECIE’;D
A poza tym jest mi niedobrze i boli mnie głowa (6 tydzień 5 dzień)