Dziś słońce.
Pachną hiacynty. Czytam książkę na dworze, po raz pierwszy w tym roku. Mo robi magiczną miksturę z szafirków, nasionek, listków i wody
Prawdziwie wiosenny dzień, niebo jest błękitne, słychać jak ktoś kosi trawę w oddali. Jest ciepło i świeżo. Kwitną szafirki, niedługo zaczną tulipany, narcyzy już przekwitły. Grube bąki przylatują do kwiatów. Za długa trawa, myślę, też muszę niedługo skosić.
Kwarantanna jest dużo znośniejsza kiedy ma się ogród.
Wróciliśmy w niedzielę i od tego czasu codzienniepo Mo przychodzą dzieci, którym codziennie tłumaczymy, że Mo nie może na razie wychodzić. Ale jeszcze tylko trzy dni i po negatywnym wyniku testu jesteśmy wolni. Mo idzie do szkoły. Nie mogę się doczekać.
Mamy szczęście, że w tym tygodniu wypada Dzień Św. Patryka. Środa – najtrudniejszy dla mnie dzień tygodnia – jest wolna. Nie muszę pracować od dziewiątej do dziewiątej, z Mo marudzącą w przerwach. Nie mam oczywiście wolnego – eseje same się nie sprawdzą – ale wszystko wydaje się dużo łatwiejsze.
Postanawiam nie mieć poczucia winy, że tak bardzo się cieszyłam spotkaniem rodzinnym, że widziałam się ze wszystkimi bliskimi, że Mo przez tydzień szalała z kuzynami i traktowała to jak prawdziwe wakacje, że mama ma sie dobrze, a zatem być może mój wyjazd do Polski nie był wcale ‚essential’. Mama wygląda, jakby miała zamiar jeszcze pożyć. Bardzo się cieszę.