Spotkania rodzinne w czasach pandemii

Dzisiaj wyjeżamy.

Jeszcze się przez parę godzin będziemy cieszyć ciepłem rodzinnym, jeszcze korzystamy z luksusów u brata, który ma duży, wygodny dom z ogrodem w moim rodzinnym mieście, jeszcze Mo urządza wyścigi z kuzynami po schodach i wokół kominka, jeszcze dzieciaki grają w Monopol, jeszcze jedziemy na gorącą czekoladę na rynku Wrocławskim, ale już dziś będziemy w Irlandii.

Wczoraj byli (prawie) wszyscy – mama, tato, dwie siostry, szwagier, brat z rodziną i my. Prawie, bo nie było najstarszego brata, który w piątek wieczorem właśnie jechał do Wrocławia z synem, kiedy jego żona, która została w domu, bo się słabo czuła, zrobiła test i wyszedł jej covid. Żona zadzwoniła, kiedy brat jechał, brat zapomniał zrobić przed wyjazdem, ale zaraz w aucie przetestował siebie i dziecko – oboje wynik negatywny. Ale po długich dyskusjach siostra-brat-siostra-brat-siostra i tak dalej, rada rodzinna stwierdziła, że nie można ryzykować, bo choroba może się dopiero rozwijać. Poszliśmy zatem tylko na spacer z dziećmi i po godzinie brat ruszył w drogę powrotną:( Najbardziej było mi dziecka szkoda, taki smutny wracał do samochodu, by znowu jechać cztery godziny do domu.

Jedna siostra już zupełnie zaszczepiona, mama po pierwszej dawce, wszyscy są ostrożni i robią szybkie testy przed większymi spotkaniami z rodziną, my w piątek po kolejnych typu PCR, których wynik uprawnia nas do przekroczenia granicy Irlandii (już mam wynik negatywny i przestałam się denerwować powrotem).

Taka nowa normalność.

Ale radość zobaczenia rodziny, po 14 miesiącach rozmów tylko telefonicznych, jest ogromna. Siedziałam sobie wczoraj na zielonej sofie i trzymałam mamę za rękę.

I było mi dobrze.