mówiłam Ci już, że mam coś dla Ciebie? – Mo aż podskakiwała z radości.
Zobacz! – rozpieła swój plecaczek i wysypała mi na dywan całą furę malutkich szyszek, trochę śmierdzących pieskami i czymś (kupką???).
Najmłodsze dzieciaki wróciły do szkoły i napawa mnie to nieustającą radością. Po szkole świetlica, a po świetlicy – jak nie pada – Mo biega ze swoją bandą na dworze. Wczoraj Bobby, Cameron i Hally czekali w naszym frontowym ogródku aż Mo przyjedzie ze szkoły, uprzednio się grzecznie zapytawszy, czy mogą. Świeciło słońce, magnolia szykowała się do corocznego wiosennego szaleństwa, Cameron stał na plastikowej zjeżdżalni i dmuchał bańki mydlane. Powietrze było jak kryształ, błękit nieba porażał.
Pogoda nas na razie rozpieszcza. Marzec jest piękny, styczeń był tak okrutny jak tylko można sobie wyobrazić. Zimno, smutni ludzie zamknięci w domach ze smutnymi, marudzącymi dziećmi.
Dla nas był wyjątkowo trudny, mnie dodatkowo dobiła diagnoza, dieta (schudłam 4 kilo!), kłopoty zdrowotne mamy i nieustająca presja w pracy, setki esejów do sprawdzenia, zupełny brak wolnego czasu. Tak bardzo na styk, jak żyliśmy w styczniu, to chyba jeszcze nigdy nie, w niekończącym się biegu z pracą i dzieckiem 24 godziny w domu. Bez żadnej chwili oddechu.
Naprawdę nie wiem, jak mi się udało dotrzeć do marca w dobrym stanie psychicznym, ‚as happy as a pig’ jak tutaj mówią, a pomimo epizodów walenia głową w mur nie mam ani jednego siniaka.
Minęło.
A jednak potrafię, klucz zdaje się tkwi w rozumieniu słów ‚jutro będzie nowy dzień’, ‚to minie’ i ‚nie moja wina’. Uczyłam się tego siedem lat.