Syn aplikuje na magisterki w całej Europie, w Bonn, Londynie, Manchesterze, a nawet w Petersburgu, z czego bardzo cieszy się jego dziadek, który studiował w Moskwie Cybernetykę w latach pięćdziesiątych. Ja się cieszę, że nie do USA, bo synek miał takie zapędy. Czuję, że zbliża się czas Ostatecznej Wyprowadzki Pierwszego Dziecka z Domu, na razie pomieszkuje u dziewczyny, z którą ostatnio jakieś spięcia. Albo pierwsza poważna kłótnia. Ale kiedyś trzeba się zacząć kłócić, życie samo się nie poukłada.

Na razie pracuje u mojego brata przy jakimś projekcie, brat jako kierownik z zawodu trochę go ustawia do pionu (pamiętam jak brat miał 17 lat i przyszedł do mnie i Mi z pytaniem jakie studia trzeba skończyć, żeby zostać dyrektorem;). Brat wymaga codziennych raportów z pracy, cotygodniowych spotkań na Zoomie i w ogóle tych wszystkich rzeczy, które są uwielbiane przez kierowników średniego szczebla, a których ja niecierpię. Ale synkowi się bardzo przyda taka tresura, bo jeszcze w środku podchodzi do życia po studencku, czyli ‚wszystko spokojnie można zrobić jutro’. Ale dał radę wynegocjować w miarę dobrą stawkę (przyszedł miesiąc temu – mama, wujek chce mi płacić najniższą krajową, a na korkach mam trzy razy tyle, co mam robić? Negocjuj!), praca mniej-więcej w jego dziedzinie, wujek dorzucił się do nowego komputera, jako narzędzia pracy, synek musi wstawać rano (no nie przesadzajmy, koło 11, ale i tak!), no i najważniejsze zdobywa doświadczenie jak pracują normalni ludzie. Bardzo się cieszę.

Koronawiadomości

Bardzo się również cieszę, że zdążyłam odwiedzić rodzinę, bo od piątku Irlandia wprowadziła kwarantannę hotelową. Jak przyjeżdżasz do kraju, autobus odbiera cię z lotniska/portu i wiezie do hotelu, w którym musisz spędzić 12 kolejnych dni. Niezależnie od tego, czy posiadasz negatywny wynik testu. Kwarantanna na razie dotyczy osób przylatujących z 33 krajów i Polski na tej liście nie ma, ale już są dyskusje o rozszerzeniu listy o kraje z Europy środkowej, w których jest najwięcej zakażeń dziennie. W prasie zaczeły się pojawiać artykuły o kwarantowanych ludziach, na przykład Irlandzkiej rodzinie z Australii, która miała przesiadkę w Dubaju i przez to musi spędzić teraz dwa tygodnie w hotelu płacąc za to w sumie 6 tys. euro – rodzice i troje dzieci. Przygoda życia. Troje ludzi już zdążyło uciec z kwarantanny – a jest to poważna sprawa, bo nie dość, że kara pieniężna, to jeszcze więzienie – dwoje już złapano, trwają poszukiwania trzeciej osoby.

Jesteśmy w lockdownie od początku stycznia, czyli minął trzeci miesiąc, a liczby im przestały spadać tak, jakby chcieli, więc ściąganie restrykcji jest bardzo powolne. Obecnie jest około 500 przypadków zachorowań dziennie, co jest dla rządu ‚wysoce niezadowalające’ zważywszy na to, że WSZYSTKO jest zamknięte od stycznia i możemy się jedynie poruszać w obrębie 5 km od domu. Jedynie dzieci (i to nie wszystkie) mogły od marca wrócić do szkół. No i nie musimy nosić masek na dworze, co jak się przekonałam w Polsce, robi naprawdę dużą różnicę. Wydaje się zatem, że większość ludzi popiera restrykcje, grzecznie spaceruje wokół domu, nosi maseczki w sklepie i czeka lepszych czasów, oprócz dość głośniej mniejszości ‚obrońców wolności’. Być może nie ma zbyt wielu przeciwników polityki rządu, bo została przyznana naprawdę spora pomoc dla firm i ludzi, na przykład każda osoba, która straciła pracę przez pandemię dostaje 350 euro tygodniowo (jeśli zarabiała co najmniej 300). Ale wszyscy są równocześnie świadomi, że czeka nas fala bankructw, jak tylko wróci normalne życie i rząd wycofa pomoc.

‚Obrońcy wolności’ to w ogóle dość ciekawe towarzystwo, bo oprócz wariatów, narodowców, przeciwników masek i antyszczepionkowców, są to ludzie po prostu zmęczeni całą sytuacją. Pandemiczne zmęczenie wykorzystywane jest przez prawicowców i narodowców, ludzi z Irish Freedom Party i Irish National Party, którzy chcą ograniczenia liczby imigrantów i wystąpienia z UE. Co ciekawe, wielu Polaków popiera te ruchy, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że Irish Freedom Party deportowała by ich spowrotem do Polski, gdyby tylko mogła, zwłaszcza, jeśli pobierają jakiekolwiek zasiłki. Okazało się, że nawet moja bardzo dobra koleżanka stąd, dziewczyna, którą znam od samego początku mojego pobytu w Irlandii, koło której kupiłam dom, którą lubię, pomimo różnic światopoglądowych i ogólnego podejścia do życia, zaczęłą w pewnym momencie popierać ‚przeciwników lockdownu’ i chodzić na marsze ogranizowane przez narodowców, o co miałyśmy krótką sprzeczkę na Fb i obecnie się do siebie nie odzywamy. Ja mówię, że ona popiera faszystów, a ona, że nie będę jej pouczać i mówić, w co ma wierzyć i kogo popierać, hehehe. Tak naprawdę, to bardzo mnie denerwuje to, że ona zaprzecza, że to faszyści, a zatem miałam taką małą misję, żeby ją uświadomić, jak to belfer. No ale ja mam prawo oceniać tych ludzi, a ona ma prawo ich popierać. No i cóż zrobić.

7 tydzień 4 dzień

Czy chcę, czy podołam, czy mam na to ochotę – na następne dwa lata wstawania po pięć razy w nocy, siedzenia w pieluchach, smarkach i mleku? Do całego życia podporządkowanego wychowywaniu nowego człowieka, znowu? Do wiecznego żonglowania pracą, opieką nad dzieckiem, zobowiązaniami, do kompletnego BRAKU CZASU DLA SIEBIE?

Czy ktoś kiedykolwiek jest na to gotowy?

Pamiętam taki moment z malutką, chyba trzy miesięczną Morinką, kiedy po całym dniu spędzonym z marudzącym potworem czekałam jak na zbawienie na Mi, który akurat tego dnia kończył pracę koło piątej. I nie mogłam się doczekać. A potem, jak w końcu przyszedł, to stałam w kuchni i myłam naczynia, i to była właśnie ta moja CHWILA DLA SIEBIE, patrzyłam na drzewa za oknem i myślałam sobie, że chyba jednak to był błąd, że nie zdawałam sobie pracy, że nie pamiętałam już, jak bardzo ma się przechlapane, że naprawdę nie wiem, czy dam radę to wytrzymać. I czy sobie czegoś nie zrobię, nie pójdę sobie po prostu gdzieś. Że jest to po prostu nie do zniesienia i że nie wyobrażam sobie jeszcze ani dnia więcej, a co dopiero paru lat.

Ale pobudki siedem razy w nocy każdego by wykończyły. A potem było troszkę łatwiej, a potem znowu trudno, jak chciałam ją odstawić od piersi, kiedy miała 5 miesięcy, bo musiałam wrócić do pracy. Ale malutek nie dał sobie w kaszę dmuchać i w sumie karmiłam jeszcze trzy lata;D

A teraz jest najsłodszą małą dziewczynką, która wczoraj mówi mi ‚bardzo Cię kocham, mamusiu!’, a potem obraca się do taty i mówi na tym samym oddechu, ale trochę ciszej, tylko do niego: ‚Ale tatę kocham NAJBARDZIEJ NA ŚWIECIE’;D

A poza tym jest mi niedobrze i boli mnie głowa (6 tydzień 5 dzień)

Piątek!

Miałam bardzo pracowity dzień. Pięć godzin zajęć i udział w ważnym panelu. Wszystko poszło dobrze, dostaliśmy zgodę na prowadzenie jednego kierunku studiów przez następne pięć lat.

Miałam bardzo pracowity tydzień. (Już nawet nie wspominając jak wyczerpujący emocjonalnie;)

Miałam bardzo pracowity miesiąc. Właściwie to sześć miesięcy.

Ale

za dwa tygodnie koniec większości zajęć. Zostaną mi trzy przedmioty. Dałam radę. Daliśmy radę. Przetrwaliśmy.

Za trochę ponad miesiąc Mi kończy studia. Jeszcze to do mnie nie dociera.

A tak poza tym to wszystko dobrze.

Rozważam opcje.

Zdążyłam się ucieszyć, że nie mieszkam w Polsce – w Irlandii dwa lata temu przegłosowano legalną aborcję. Ale nie zdawałam sobie sprawy, że jest ona legalna i właściwie bezproblemowa tylko do 12 tygodnia. Do 12 tygodnia nie pytają o przyczynę, wystarczy, że nie chcesz być w ciąży. To wszystko. Dziękujemy pani.

Ale

Po 12 tygodniu aborcja jest możliwa tylko w dwóch przypadkach: zagrożenia życia matki i wady letalnej płodu, która spowodowałaby śmierć w ciągu 28 dni po porodzie. Dokładnie. Wada letalna musi być stwierdzona oficjalnie, na piśmie, podbitym pieczątkiami i podpisanym podpisami lekarza specjalisty.

I tu jest pies pogrzebany, bo lekarze nie chcą wystawiać takich zaświadczeń. Nawet, jeśli dziecko na pewno urodzi się bardzo, bardzo chore. Nawet, jak nie ma czaszki, połowy mózgu, czy ma kręgosłup na wierzchu. Bo jak to stwierdzić, że dziecko NA PEWNO nie przeżyje miesiąca? I lekarze się boją. Bo gdyby na przykład jakiś ojciec chciał podważyć opinię specjalisty i wynajął dwóch innych specjalistów, którzy by stwierdzili, że dziecko miało szansę pożyć dłużej niż 28 dni. Leżąc w szpitalu, podpięte pod tysiąc rurek, z nieusatnnie pompowanymi środkami przeciwbólowymi, bez ludzkiego dotyku i możliwości przytulenia. Ale to nie ma żadnego znaczenia, bo dziecko by mogło ŻYĆ. A lekarz stracić prawo do wykonywania zawodu. Więc się takich zaświadczeń wystawia bardzo mało. Nawet, jeśli dziecko ma wielowadzie, nawet, jeśli nie będzie mówić, chodzić, jeść czy oddychać samodzielnie. Nawet, jak ma jelita po niewłaściwej, zewnętrznej stronie brzuszka.

Więc kobiety z potwornymi diagnozami dalej jeżdżą do Wielkiej Brytanii. Matki w ciążach chcianych i wyczekanych, które się dowiadują o wadach genetycznych (i nie tylko) dopiero w drugim trymestrze, bowiem takie badanie można najwcześniej wykonać dopiero w 11 tc (biopsja kosmówki). Wyniki dostaje się w 13 tc. Za późno. Badanie anatomiczne jest możliwe dopiero około 20 tc. Aminopunkcja po 20 tc.

I tu nie mam wątpliwości: zmuszanie kobiety do urodzenia dziecka z poważną wadą genetyczną jest prymitywnym okrucieństwem. Prawdziwym barbarzyństwem. Jest to zmuszanie matki i dziecka do potwornego cierpienia. Nawet zespół Downa łączy się często z wieloma wadami serca i innych narządów. Nie wierzę w pana boga, który każe rodzić wszystkie potworne wybryki natury, istoty ludzkie, które w swoim życiu nie zaznają niczego, jak tylko cierpienia. I tak, myślę, że można zabić z miłości. Powinniśmy się kierować naszym ludzkim rozumem, poczuciem sensu życia i granic cierpienia, a nie wydumanym, fanatycznym nakazem sekty z początków ery. Żadna kobieta nie chodzi w ciąży przez pięć – sześć miesięcy po to, żeby nagle, tak ot sobie zdecydować, że nie chce tego nowego człowieka. Za każdym razem kryje się za tym potworna tragedia.

Więc takie myśli chodzą mi po głowie.

Wiem od tygodnia

Boję się.

Cieszę się.

Panikuję.

Staram się nie ekscytować za bardzo – jeszcze bardzo różnie może być, jak mówią statystyki.

Staram się nie rozpaczać za bardzo – jeszcze może być różnie.

Nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać.

Jestem za stara.

Ale moje ciało się z tym nie zgadza.

Wiecie, ile mam lat?

Dawno nie czułam się tak młodo.

Za dobra dieta, za dużo witamin. Za zdrowy styl życia.

Nic się nie zgadza – schudłam 4 kilo. Mi mówi o mnie ‚moja chudzinka’.

Dobrze mi się biega. Wczoraj biegałam 7 km. Przedwczoraj całe popołudnie musiałam leżeć.

Dzisiaj znowu mogę biegać.

Nasza sytuacja materialna jest najlepsza od wielu lat, właściwie od zawsze.

Mi kończy studia, a Irlandzka Agencja ds. Dzieci i Rodziny ogłosiła, że biorą na pniu wszystkich absolwentów. Na dzień dobry dają średnią krajową.

Ma również wykłady w mojej szkole, jakby chciał.

Mamy dom.

Adek się wkrótce wyprowadza, więc mamy osobny pokój.

Moja praca jest pewna.

Ale

Może jestem za stara? Wracam do punktu wyjścia.

I to wszystko w takich czasach!

Boję się.

Cieszę się.

Nie wiem co mam robić.

Nie robienie nic nie wchodzi w grę.

Ale cieszę się, że widziałam moją rodzinę. Takie jedno miejsce w środku mojej duszy (w którą nie wierzę) zostało podlane i przestało usychać.

To jest Najdziwniejszy Rok w Moim Życiu, to pewne. Jakby gwiazdy się sprzysięgły, żeby zrobić z mojego życia brazylijski serial, żeby mi się nie nudziło z tym samym mężem od 22 lat i w tej samej pracy od 12.

Człowiek tak sobie żyje – może nie spokojnie, bo gdzieżby – ale dość sztampowo, nudnie, przewidywalnie dość. Już nawet takie myśli mi przychodziły do głowy, że może jestem taką nudziarą w głębi duszy, że mi się takie nudne życie podoba i nawet je lubię – wiecie, chodzenie do parku, sadzenie kwiatuszków, buziaki na dobranoc od córki/syna, sprawdzanie esejów, lato w Polsce, zima w Irlandii, morze, rowery, kawka z rana, w kółko i od lat to samo, a tu nagle przychodzi pandemia i BACH BACH BACH, raz za razem, człowiek otwiera oczy i nie może uwierzyć w to, co widzi.

Świat doznał przyśpieszenia, jedna zmiana nadchodzi, kiedy jeszcze druga nie zamknęła drzwi za sobą, przepychają się w moim domu, chichrają i kuksają, a ja siedzę z rozdziawioną buzią i czuję się jak na karuzeli.

Szczęśliwego Dnia Sheela Na Gig!

Ireland's bizarre genital sculptures revealed in new map | Daily Mail Online

Wczoraj był dzień Św. Patryka – patrona Irlandii, ale moje ulubione Irlandzkie święto jest dziś.

Dzień Sheela Na Gig – Matki Ziemi, zwanej również żoną św. Patryka lub boginią płodności.
Nagie postacie Sheela-na-gig pojawiają się na murach irlandzkich kościołów (i nie tylko) zbudowanych przed XVI wiekiem. W sumie do dnia dzisiejszego zachowało się ponad 110 rzeźb nagich kobiet odsłaniających swoją waginę.

Jak tylko zrobię prawko wybiorę się w podróż dookoła Irlandii, żeby zobaczyć je wszystkie.

A tutaj mozna sobie poczytać więcej: http://www.thehistoryblog.com/archives/47034

Dziś słońce.

Pachną hiacynty. Czytam książkę na dworze, po raz pierwszy w tym roku. Mo robi magiczną miksturę z szafirków, nasionek, listków i wody

Prawdziwie wiosenny dzień, niebo jest błękitne, słychać jak ktoś kosi trawę w oddali. Jest ciepło i świeżo. Kwitną szafirki, niedługo zaczną tulipany, narcyzy już przekwitły. Grube bąki przylatują do kwiatów. Za długa trawa, myślę, też muszę niedługo skosić.

Kwarantanna jest dużo znośniejsza kiedy ma się ogród.

Wróciliśmy w niedzielę i od tego czasu codzienniepo Mo przychodzą dzieci, którym codziennie tłumaczymy, że Mo nie może na razie wychodzić. Ale jeszcze tylko trzy dni i po negatywnym wyniku testu jesteśmy wolni. Mo idzie do szkoły. Nie mogę się doczekać.

Mamy szczęście, że w tym tygodniu wypada Dzień Św. Patryka. Środa – najtrudniejszy dla mnie dzień tygodnia – jest wolna. Nie muszę pracować od dziewiątej do dziewiątej, z Mo marudzącą w przerwach. Nie mam oczywiście wolnego – eseje same się nie sprawdzą – ale wszystko wydaje się dużo łatwiejsze.

Postanawiam nie mieć poczucia winy, że tak bardzo się cieszyłam spotkaniem rodzinnym, że widziałam się ze wszystkimi bliskimi, że Mo przez tydzień szalała z kuzynami i traktowała to jak prawdziwe wakacje, że mama ma sie dobrze, a zatem być może mój wyjazd do Polski nie był wcale ‚essential’. Mama wygląda, jakby miała zamiar jeszcze pożyć. Bardzo się cieszę.

Spotkania rodzinne w czasach pandemii

Dzisiaj wyjeżamy.

Jeszcze się przez parę godzin będziemy cieszyć ciepłem rodzinnym, jeszcze korzystamy z luksusów u brata, który ma duży, wygodny dom z ogrodem w moim rodzinnym mieście, jeszcze Mo urządza wyścigi z kuzynami po schodach i wokół kominka, jeszcze dzieciaki grają w Monopol, jeszcze jedziemy na gorącą czekoladę na rynku Wrocławskim, ale już dziś będziemy w Irlandii.

Wczoraj byli (prawie) wszyscy – mama, tato, dwie siostry, szwagier, brat z rodziną i my. Prawie, bo nie było najstarszego brata, który w piątek wieczorem właśnie jechał do Wrocławia z synem, kiedy jego żona, która została w domu, bo się słabo czuła, zrobiła test i wyszedł jej covid. Żona zadzwoniła, kiedy brat jechał, brat zapomniał zrobić przed wyjazdem, ale zaraz w aucie przetestował siebie i dziecko – oboje wynik negatywny. Ale po długich dyskusjach siostra-brat-siostra-brat-siostra i tak dalej, rada rodzinna stwierdziła, że nie można ryzykować, bo choroba może się dopiero rozwijać. Poszliśmy zatem tylko na spacer z dziećmi i po godzinie brat ruszył w drogę powrotną:( Najbardziej było mi dziecka szkoda, taki smutny wracał do samochodu, by znowu jechać cztery godziny do domu.

Jedna siostra już zupełnie zaszczepiona, mama po pierwszej dawce, wszyscy są ostrożni i robią szybkie testy przed większymi spotkaniami z rodziną, my w piątek po kolejnych typu PCR, których wynik uprawnia nas do przekroczenia granicy Irlandii (już mam wynik negatywny i przestałam się denerwować powrotem).

Taka nowa normalność.

Ale radość zobaczenia rodziny, po 14 miesiącach rozmów tylko telefonicznych, jest ogromna. Siedziałam sobie wczoraj na zielonej sofie i trzymałam mamę za rękę.

I było mi dobrze.

-Myslalam mamo, że leżysz na łożu śmierci, a ty biegasz po jajka do sąsiadki!

Kiedy odwiedziliśmy mamę, siostra właśnie smażyła naleśniki (na kaszy gryczanej), ale nie było jajek. I mamy.

I tak to właśnie jest z moją mamą, bardzo się cieszę, bo przecież nie żałuję, że przyjechałam na darmo;D Mama czuje się dobrze, siostry mówią, że w styczniu było bardzo kiepsko, ale pomógł jej ostatni zastrzyk z żelaza.

Rodzina trzyma rękę na pulsie. Mama ma 101 chorób, ale jak ktoś się uprze, to nawet lekarze nie zaszkodzą.

Na lotnisku sprawdzała nas policja, ale puścili nas bez mandatu, jak zaczęłam wyciągać wyniki mamy. Po polsku;D

Może być gorzej jak będziemy wracać, bo nikt nie uwierzy, że ta uśmiechnięta, rumiana pani na zdjęciach szykowała się na drugi świat.

Mamusiu,

mówiłam Ci już, że mam coś dla Ciebie? – Mo aż podskakiwała z radości.

Zobacz! – rozpieła swój plecaczek i wysypała mi na dywan całą furę malutkich szyszek, trochę śmierdzących pieskami i czymś (kupką???).

Najmłodsze dzieciaki wróciły do szkoły i napawa mnie to nieustającą radością. Po szkole świetlica, a po świetlicy – jak nie pada – Mo biega ze swoją bandą na dworze. Wczoraj Bobby, Cameron i Hally czekali w naszym frontowym ogródku aż Mo przyjedzie ze szkoły, uprzednio się grzecznie zapytawszy, czy mogą. Świeciło słońce, magnolia szykowała się do corocznego wiosennego szaleństwa, Cameron stał na plastikowej zjeżdżalni i dmuchał bańki mydlane. Powietrze było jak kryształ, błękit nieba porażał.

Pogoda nas na razie rozpieszcza. Marzec jest piękny, styczeń był tak okrutny jak tylko można sobie wyobrazić. Zimno, smutni ludzie zamknięci w domach ze smutnymi, marudzącymi dziećmi.

Dla nas był wyjątkowo trudny, mnie dodatkowo dobiła diagnoza, dieta (schudłam 4 kilo!), kłopoty zdrowotne mamy i nieustająca presja w pracy, setki esejów do sprawdzenia, zupełny brak wolnego czasu. Tak bardzo na styk, jak żyliśmy w styczniu, to chyba jeszcze nigdy nie, w niekończącym się biegu z pracą i dzieckiem 24 godziny w domu. Bez żadnej chwili oddechu.

Naprawdę nie wiem, jak mi się udało dotrzeć do marca w dobrym stanie psychicznym, ‚as happy as a pig’ jak tutaj mówią, a pomimo epizodów walenia głową w mur nie mam ani jednego siniaka.

Minęło.

A jednak potrafię, klucz zdaje się tkwi w rozumieniu słów ‚jutro będzie nowy dzień’, ‚to minie’ i ‚nie moja wina’. Uczyłam się tego siedem lat.