Drugi dzień bez kawki. Żyję.
Miesiąc: Styczeń 2021
Nareszcie 2021
Stary rok jeszcze trochę nas wczoraj wyszargał, kiedy dowiedzieliśmy się rano, że Mo ma mieć test na wiadomo-co po południu, bo ktoś z jej klasy był pozytywny 21 grudnia w szkole. Kiedy odebrałam wiadomość było -5 i popadywał śnieg z deszczem, test miał być w ogromnym nowym centrum na obrzeżach Dublina, około 13 km od nas. W pierwszym momencie chciałam wysłać Mi na rowerze z Mo, ale po chwili dotarło do mnie, jak bardzo to jest bez sensu – godzina w jedną, godzina w drugą, na rowerze w marznącym deszczu, na ruchliwej trasie wylotowej z Dublna – jeśli jeszcze nie jest chora (a nie jest oczywiście, na razie wygląda na zdrową jak koń), to po czymś takim na pewno będzie.
Przyjaciele, z różnych powodów, nie mogli nas zawieźć. Taksówka – no chyba odpada, głupio byłoby mi pytać o coś takiego taksiarza. Zdecydowałam więc, że po prostu będziemy się izolować przez te parę dni w domu – kwarantanna i tak ma się jej skończyć w poniedziałek, bo takie mają opóźnienia. I zdążyłam tylko kliknąć opcję, że nie mamy transportu, kiedy zadzwoniła L, nasza znajoma Hiszpanka, że znalazła kogoś, kto nas zawiezie. Na nasze nieszczęście. Zgodziłam się w sumie bardziej ze względu na nią, bo widziliśmy się w czasie świąt, a ona trochę jest panikara.
A zatem pojechaliśmy. Mo było niedobrze w samochodzie przez całą drogę. Przed samym centrum zwymiotowała na siebie i do samochodu koleżanki. Zatrzymaliśmy się na parkingu, gdzie jej zdjęłam brudną spódniczkę, a obsługa centrum zaczęła na nas krzyczeć, że mamy wsiadać z powrotem, bo pobierają wymazy z samochodów. W końcu, po paru minutach wyjaśnień, kazali nam iść do innej części, gdzie się testuje pieszych. Szłyśmy dobre parę minut, Mo coraz bardziej zmarnięta, w brudnych, mokrych rajtuzkach i obrzyganej kurtce. W budynku centrum chyba ze sto osób i 20 miejsc do pobierania. Mo cała zapłakana, ale dzielnie dała sobie zrobic wymaz.
Dziś już wiemy, że wynik ujemny, ale tam w centrum to dopiero było duże prawdopodobieństwo zarażenia!
Po takiej końcówce byłam tak wykończona, że ostatni dzień TEGO roku spędziłam w łóżku, zajadając ostatni sernik (w życiu) i oglądając film miły dla oka, niezbyt lekki, choć też i niezbyt głęboki (Marriage Story – pierwszy raz podoba mi się jak gra Scarlett Johanson.)
A dziś pierwszy dzień bez kawki, na całe szczęście było słonecznie i pięknie, choć chyba i tak jeszcze się nie obudziłam;)