Koniec stycznia, wyczekuję zmian. Dotarłam do kresu zapracowania, dawno nie miałam tyle wpadek, ile mi się zdarzyło w tym miesiącu, łącznie z pomyleniem godzin zajęć – studenci czekali od 11, pojawiłam się o 12. Ale pojawiło się światełko w tunelu i powoli wracam do równowagi.
Otóż Mo może chodzić do świetlicy! Jeśli jeden rodzic jest ‚essential worker’ to przysługuje nam opieka na dziecko. Zaraz w poniedziałek dzwonię do nich i zaklepuję miejsce jak najszybciej.
Bardzo lubię dziewczynę mojego syna i syna też, ale życie z młodymi na kupie to wyższa szkoła jazdy i oczywiście wiadomo, że się nie zajmą Mo osiem godzin dziennie. Tylko w czasie moich wykładów (a i tak lituję się nad nimi i jak mam jedną godzinę na 9 rano, to ich nie budzę), okazjonalnie poza grafikiem, jak muszę przygotowywać zajęcia. A znowu mam tak ogromnie dużo pracy, że wszystkiego jest mało, wzięłam bowiem część zajęć Mi, bo on to już w ogóle pracował bez przerwy.
Mi ma takie marzenie, jak to będzie cudownie, kiedy będzie po prostu kończył pracę o 5 i do widzenia, będzie mógł pójść do domu, w którym nie będą na niego czekały żadne eseje do sprawdzenia ani do napisania, ani żadna magisterka. Będzie mógł pobawić się z dzieckiem, poczytać dla przyjemności, a na weekend gdzieś pojechać. Tyle wolnego czasu! Chyba zwariuje z tej wolności, będzie się czuł jak pies spuszczony z łańcucha.
Ale dla mnie najbardziej, najbardziej obciążające są nieustające wyrzuty sumienia, że dziecko ciągle siedzi w domu, że sześć godzin non stop ogląda bajki na komórce, że nie ma kontaktu z dziećmi. Kto ma małe dzieci, ten zrozumie. Taki ciągły tępy ból głowy, że jestem odpowiedzialna za jej rozwój i oto skazuję ją na trudności z koncentracją w przyszłości (przez co oczywiście będzie miała problemy w szkole, nie dostanie się na studia i tak dalej), i to ciągłe godzenie niemożliwego, stawanie na głowie, żeby być trochę z nią, pojść na spacer, a równocześnie ogarnąć pracowe sprawy.
I to wszystko bez kawki!