Dobre wieści:

Schudłam dwa kilo od początku stycznia!

Złe wieści: schudłam dwa kilo od początku stycznia na tej cholernej diecie!

I tak od początku roku prawie codziennie dostaję z liścia, od różnych małych i Wielkich Spraw. Już nie mówię dieta, bo co to jest dieta, jestem na pewno bardziej od niej uparta, ale okazuje się, że na wizytę u reumatologa pacjent publiczny czeka dwa lata, na cito – dziesięć miesięcy, z mamą nieciekawie, a osoba-wobec-której-żywię-uzasadnioną-niechęć-bo-jest-narcystyczną-szują… tak jak przypuszczałam dostała stanowisko mojej szefowej. Wprawdzie kompetencje zostały bardzo okrojone (praktycznie może mi nagwizdać), trudno to również nazwać jej sukcesem, bo nikt inny nie startował, no ale wiecie…

Z drugiej strony, co mi właściwie może zrobić, najwyżej napluć na głowę, od razu jak tylko będzie mogła. Ćwiczę się zatem w cnocie obojętnego stania z boku i technikach błyskawicznego wyciągania parasola.

Ale są dobrzy ludzie na świecie i ta świadomość mnie trzyma w pionie. Dwa dni temu moja ulubiona sąsiadka wyczuła przez telefon, że jest ze mną dość kiepsko i podrzuciła mi pod drzwi zestaw awaryjny do-dbania-o-siebie: pluszową piżamkę w gwiazdki, balsam do ciała, skarpety w paski oraz zestaw miniaturowych kremów do rąk. Poczułam się od razu zadbana. Daleki kolega z Polski zgodził się konsultować moją mamę na odległość, tylko na podstawie zdjęć i wyników badań. Dziewczyna mojego syna robi mi herbatki i bierze moją córkę na spacer, a brat zadzwonił, czy nie potrzebuję pieniędzy na leczenie, bo jedna prywatna konsultacja to 300 euro.