choć słońce dziś nie przedarło się przez chmury, żeby zaświecić w Newgrange.
Trzymam się tego ‚lepiej’ kurczowo, bo nastrój pikuje jak ciśnienie przed burzą.
Ale jutro już będzie lepiej. Dzień będzie dłuższy.
Już wkrótce nie będziemy musieli się budzić w ciemnościach, z piaskiem pod oczami i ociężałym ciałem.
Czekam na więcej światła.
Czekam na moment, kiedy dzieci zaczynają zauważać, że rodzice są ludźmi. Kiedy Adek przestanie wspominać, że musi się dokładać do budżetu, tylko zauważy, że od roku sobie nie kupiłam butów, bo skoro nie chodzę do pracy, to mogę oszczędzić.
Czekam, kiedy lekarz wreszcie coś poradzi na moje stawy, które zaczęły mnie boleć i puchnąć. Boję się, że to choroba reumatyczna, do której mam rodzinne skłonności. Opuchlizna wędruje po moich kończynach, schodzi z nadgarstka i za parę dni zaczyna się na stawie barkowym. Nieprzyjemne i upierdliwe. Nie mogę ćwiczyć, nie mogę nosić niczego ciężkiego, nie mogę spać w nocy.
Czekam, kiedy będę miała choć trochę mniej pracy, kiedy Mi złoży w końcu magisterkę i skończy ostatni esej. Wczoraj czytałam mu ją jeszcze po raz ostatni, pięćdziesiąt stron zastanawiania się, czy ‚the’ czy jednak ‚a’. Nigdy się tego dobrze nie nauczę.
Czekam, kiedy będę się mogła zobaczyć z mamą, która ma osiemdziesiąt lat i sto chorób współistniejących.
Czekam, kiedy pozwolą mi zdawać test na prawko, bo chyba znowu w styczniu będzie kolejny lockdown.
Ale najdłuższa noc za nami.