Prezenty dla starych ludzi

Jak się jest z kimś lat 20+ to kupienie prezentu na bozenarodzenie/urodziny/dzień taty/męża/imieniny/whatever staje się problemem.

Po pierwsze, kasa jest wspólna, więc kupując dla niego, kupuję za jego. I swoje. To znaczy mamy osobne konta, a mój łaskawy mąż nie sprawdza mojego, ale i tak wszystko idzie z jednej puli. Wiadomo. Wiemy na co oszczędzamy i wiemy na ile sobie możemy pozwolić, żeby dziura w budżecie nie spowodowała buntów społecznych.

Po drugie, wszystko, czego bardzo chcemy, to sobie kupujemy sami. No bo jak wydaje się grubszą kasę na wiertarkę (ja) bądź ciuszki (mąż), to przecież trzeba być absolutnie pewnym, że to jest to. I trzeba przymierzyć, a jak tu przymierzać, żeby osoba przymierzająca nie wiedziała? (tabletki nasenne?)

Po trzecie, nic nie potrzebujemy. Naprawdę. Jak potrzebujemy, to patrz punkt drugi. A jak coś jest zbędne, to patrz punkt pierwszy.

(Po namyśle muszę stwierdzić, że chciałabym, żeby mąż mi zrobił niespodziankę i kupił samochód. Ale mogłoby to oznaczać to, że ma na boku bogatego kochanka/kochankę o których nie wiem. Po jeszcze głębszym namyśle stwierdzam, że ok).

Bo istotny jest jeszcze element zaskoczenia (wiem, wiem, za dużo bym chciała). No bo co to za prezent, jak sobie go sam wybierzesz? To nie żaden prezent, to po prostu zakupy.

A zatem, jak co roku, listopad zaczyna się bólem głowy, który dopiero kończy się koło marca – co MU kupić? Mikołajki – przepraszam, jest już za duży – Bożenarodzenie (w odróżnieniu od Bożego Narodzenia, które jest nie po mojej linii politycznej), jego urodziny i imieniny. Jeszce potem dzień taty, bo wiadomo, że dzieci same zapomną/nie pomyślą/kupią coś głupiego i to jeszcze za moją kasę.

Mąż już od paru lat rzuca ‚oryginalnym’ (hehe) pomysłem, że może ‚nie róbmy sobie prezentów w tym roku’ z uwagi na punkt jeden, dwa i trzy, no ale to przecież bez sensu, bo ja lubię dostawać prezenty!

Ale. I tu wracamy do dylematu.

Książki sobie sam kupuje.

Ciuszki – także.

Elektronika – ooo, tutaj to na pewno musi sam sobie wybrać!

Perfumy – trudna sprawa, bo mogą być tylko wegańskie.

Koszulka z nadrukiem? Fikuśna filiżanka na espresso z finezyjnym obrazkiem roweru? KUBEK? RĘKODZIEŁO? Nie myślcie, że nie próbowałam już wszystkiego. Dwadzieścia+ lat razy 3+ okazje w roku… Na czterdzieste urodziny kupiłam mu ZESTAW SERÓW i okazało się, że właśnie już sobie postanowił WCZEŚNIEJ, że zostanie weganem od dnia swoich urodzin;D Nie powiem, trochę się obraziłam i przestałam odzywać, dopóki nie zjadł tych serów.

Na święta od paru lat kupuję mu zegarki, ma już ten:

ten

Penny Farthing - The Unemployed Philosophers Guild

i ten

Chaplin - The Unemployed Philosophers Guild

Ale ileż można?

Standardem są również ‚śmieszne skarpety’, w nich najbardziej lubuje się Mo, która od kiedy tylko nauczyła się mówić lat na pytanie ‚co kupimy tacie na urodziny?’ wyskakuje jak Archimedes z wanny: ‚Skarpety!’, bo tato bardzo lubi skarpety. No przecież. Ma już różowe z kotkami, tęczowe, z lodami, kwiatkami, kratkami, paskami, prosiaczkami, geometryczne i zakręcone. I jeszcze inne.

W tym roku sięgnęłam już chyba dna i na Bożenarodzenie kupiłam mu śmieszny dzwonek do roweru (Adek mu zniszczył ten nieśmieszny) i zatyczki do uszu, bo Mi ma bardzo lekki sen. Ale to nieZWYKŁE zatyczki, bo najdroższe na rynku! (24 euro). Sam by sobie nie kupił.

A wczoraj złapałam się na myśli, że może jeszcze ultradźwiękowa szczoteczka do zębów?

Co będzie dalej??

Podgrzewane papucie? Tupecik? Pas z kociego futra na korzonki? (o fe, niewegański!). Ozdobna szklanka na zęby?