Nowy Rok zatem rozpoczynam bardzo oryginalnie – dietą. I czarną rozpaczą z jej powodu.
Dieta owa, jak każdy szanujący się jadłospis dla zdrowotności, jest po prostu obrzydliwa i naprawdę nie znajduję w niej niczego pocieszającego, oprócz tego, że ma zadziałać na to, co trzeba.
Ale nie można ani serka koziego, ani gorgonzoli, ani nawet mleczka do kawki, nie mówiąc już o tym, że oczywiście kawki nie można. KAWKI. Poproszę o chwilę ciszy.
Bo jestem jak Loraine z Gilmore Girls, jeśli chodzi o kawkę.
Nie można również żadnego glutenu, a Ci którzy próbowali go wykluczyć kiedykolwiek z jadłospisu wiedzą, jakie to upierdliwe. A zatem żadnego pysznego chlebka, świeżo pieczonego przez mojego Mi (właśnie w kuchni pachnie, poezja!), masełko też odpada oczywiście, ciasteczka – zapomnij, pierożki – nawet mnie nie rozśmieszaj, makaronu też nie wolno! (no za tym obrzydlistwem nie będę tęsknić). Nie można też używać zamienników bezglutenowych, bo w nich dla odmiany znajdują się przecież różne SUBSTANCJE CHEMICZNE (konserwanty, polepszacze, ubarwiacze, gluty do łączenia wszystkiego w całość), więc oczywiście wykluczone.
Nie można też jeść – przynajmniej przez pierwszy miesiąc – kaszy, ryżu i różnych soczewic, ziaren (dyni i słonecznika), olejów z ziaren (słonecznikowy, rzepakowy itd). Przyprawy z nasion – kumin, pieprz, ziele angielskie – również żegnajcie nam dziś!
Można za to jeść prawie wszystkie warzywa, oprócz oczywiście tych najsmaczniejszych: psiankowatych (ziemniaczki, pomidorki, bakłażanki…) i fasolowych (czy fasola to warzywo?). Czyli bobu, fasolki mung, ciecierzycy, czerwonej fasolki, szparagowej fasolki i tak dalej NIE MOŻNA.
Oczywiście orzechy zabronione, ale to oczywista oczywistość, co wie każdy alergik. Cukier. Alkohol. Wiadomo. Wszystkie chemiczne słodziki na czele ze stewią i innym aspartamem.
Ale najgorsze w tej diecie jest nie jest coś, czego nie można, ale właśnie coś, co można, a nawet trzeba jeść. Dla mnie jest to po prostu wisienka na torcie (nie można, oczywiście), grzyb w barszczu a nawet kwiatek do kożucha: mięso. W tej diecie TRZEBA JEŚĆ MIĘSO. Bo jak się wykluczy soczewice i fasole i ciecierzyce, to zaczynają się niedobory żelaza. Jak się wykluczy nabiał to oczywiście niedobory witaminy b. Dwa dni temu próbowałam znaleźć jakieś źródla żelaza w produktach dozwolonych, poza mięsem, i im dłużej szukałam tym bardziej płakałam. Musiałabym zjeść 600 g oliwek dziennie. Albo kilo natki pietruszki. (Chyba sobie zasadzę pole).
Na razie będę kombinować z suplementami. Jak zobaczycie, że nie mam nawet siły pisać bloga – zamówcie mi soczysty stek z dostawą do Dublina;)
Ale teraz pytanie dla wytrwałych – dlaczego zamierzam tak się męczyć? Co mi strzeliło do głowy, żeby pozbawiać się jedynych tylu przyjemności i torturować się systematycznie dzień po dniu przez miesiąc, a być może dłużej?
‘Da liegt der Hund begraben’, jak mawiają poligloci. Od początku listopada zaczęły mi się delikatne objawy RZS, przed samymi świętami, kiedy w nocy znowu obudził mnie ból nadgarstka i zaczęłam sobie delikatnie szlochać (bo boli, bo lockdown, bo zima i brak słońca), Mi zmusił mnie do pójścia do lekarza. Czekam na wynik testów.
Boję się tej choroby od kiedy moja starsza siostra dwadzieścia lat temu leżała w łóżku i płakała z bólu przez rok, bo zachorowała na agresywną jej postać. Choroby autoimmunologiczne są bowiem w rodzinie: młodsza siostra cztery lata temu dostała diagnozę Hashimoto. Bratanica ma cukrzycę dziecięcą. A ja dotychczas wyłgiwałam się przeznaczeniu zwykłymi alergiami, kichaniem i egzemą. Luzik. Kto by się przejmował. Nieustająco piłam i jadłam rzeczy zakazane (orzechy!), bo przecież głupia wysypka na dłoniach nie pozbawi mnie tej przyjemności.
Młodsza siostra, ta z Hashimoto, dwa lata temu nagle zwariowała i zaczęła jeść w kółko makrelę z sałatą, wołowinę z burakami, poprawianą gotowanymi batatami i okazało się, że skutecznie zaleczyła sobie w ten sposób Hashimoto (czytaj: obniżyła wskaźnik zapalny). Przysięga teraz na wszystkie naukowe świętości, że ten potworny! sposób odżywiania działa. Jest przy tym doktorem (chemii, ale zawsze;), więc wie, jak się porządnie wyciąga wnioski z danych i interpretuje wyniki badań. Już dawno mnie namawiała, żebym spróbowała zredukować sobie alergię w ten sposób, ale musiałabym upaść na głowę, żeby wyrzeć się tylu przyjemności dla zmniejszenia pokrzywki na rękach.
Ale teraz przeznaczenie mnie dopadło. Trzymajcie kciuki.