Zimny księżyc

Wczoraj poszłam sobie wieczorem pobiegać, pierwszy raz od dwóch tygodni i przepiękny księżyc mi oświetlał drogę. A potem przeczytałam u Salmiaki, że to Zimny Księżyc, albo Księżyc Długiej Nocy. I tak właśnie było – bardzo zimno. Pięknie.

Tak było pięknie, że kiedy wróciłam zabrałam jeszcze Mo przed spaniem do ogrodu i oglądałyśmy sobie gwiazdy.

Niebo było wyjątkowo bezchmurne, oprócz księżyca najbardziej świecił Mars i oczywiście Wielki Wóz i Mały Wóz. A Mo stwierdziła, że na tych wszystkich gwiazdach i planetach NA PEWNO żyją ufoludki i może teraz właśnie się na nas patrzą, tak, jak my patrzymy się na nich. Bardzo to było podnoszące na duchu, nie chciałabym być sama w kosmosie.

A teraz piję moją ostatnią kawkę (ale już z mlekiem owsianym). Przed północą zjem ostatnią czekoladkę. I może kawałek ciasta – taki pyszny sernik czeka w lodówce.

A przez następne miesiące zawalczę o to, żebym dalej mogła biegać.

A Wam wszystkim życzę w Nowym Roku takich właśnie chwil – żeby zobaczyć gwiazdy i zimny księżyc i porozmawiać o ufoludkach, chociaż od czasu do czasu, bo to bardzo na duszę pomaga.

We are all in the gutter, but some of us are looking at the stars,

jak powiedział pewien znany Irlandczyk.

Dieta (czytaj: tortury)

Nowy Rok zatem rozpoczynam bardzo oryginalnie – dietą. I czarną rozpaczą z jej powodu.

Dieta owa, jak każdy szanujący się jadłospis dla zdrowotności, jest po prostu obrzydliwa i naprawdę nie znajduję w niej niczego pocieszającego, oprócz tego, że ma zadziałać na to, co trzeba.

Ale nie można ani serka koziego, ani gorgonzoli, ani nawet mleczka do kawki, nie mówiąc już o tym, że oczywiście kawki nie można. KAWKI. Poproszę o chwilę ciszy.

Bo jestem jak Loraine z Gilmore Girls, jeśli chodzi o kawkę.

Nie można również żadnego glutenu, a Ci którzy próbowali go wykluczyć kiedykolwiek z jadłospisu wiedzą, jakie to upierdliwe. A zatem żadnego pysznego chlebka, świeżo pieczonego przez mojego Mi (właśnie w kuchni pachnie, poezja!), masełko też odpada oczywiście, ciasteczka – zapomnij, pierożki – nawet mnie nie rozśmieszaj, makaronu też nie wolno! (no za tym obrzydlistwem nie będę tęsknić). Nie można też używać zamienników bezglutenowych, bo w nich dla odmiany znajdują się przecież różne SUBSTANCJE CHEMICZNE (konserwanty, polepszacze, ubarwiacze, gluty do łączenia wszystkiego w całość), więc oczywiście wykluczone.

Nie można też jeść – przynajmniej przez pierwszy miesiąc – kaszy, ryżu i różnych soczewic, ziaren (dyni i słonecznika), olejów z ziaren (słonecznikowy, rzepakowy itd). Przyprawy z nasion – kumin, pieprz, ziele angielskie – również żegnajcie nam dziś!

Można za to jeść prawie wszystkie warzywa, oprócz oczywiście tych najsmaczniejszych: psiankowatych (ziemniaczki, pomidorki, bakłażanki…) i fasolowych (czy fasola to warzywo?). Czyli bobu, fasolki mung, ciecierzycy, czerwonej fasolki, szparagowej fasolki i tak dalej NIE MOŻNA.

Oczywiście orzechy zabronione, ale to oczywista oczywistość, co wie każdy alergik. Cukier. Alkohol. Wiadomo. Wszystkie chemiczne słodziki na czele ze stewią i innym aspartamem.

Ale najgorsze w tej diecie jest nie jest coś, czego nie można, ale właśnie coś, co można, a nawet trzeba jeść. Dla mnie jest to po prostu wisienka na torcie (nie można, oczywiście), grzyb w barszczu a nawet kwiatek do kożucha: mięso. W tej diecie TRZEBA JEŚĆ MIĘSO. Bo jak się wykluczy soczewice i fasole i ciecierzyce, to zaczynają się niedobory żelaza. Jak się wykluczy nabiał to oczywiście niedobory witaminy b. Dwa dni temu próbowałam znaleźć jakieś źródla żelaza w produktach dozwolonych, poza mięsem, i im dłużej szukałam tym bardziej płakałam. Musiałabym zjeść 600 g oliwek dziennie. Albo kilo natki pietruszki. (Chyba sobie zasadzę pole).

Na razie będę kombinować z suplementami. Jak zobaczycie, że nie mam nawet siły pisać bloga – zamówcie mi soczysty stek z dostawą do Dublina;)

Ale teraz pytanie dla wytrwałych – dlaczego zamierzam tak się męczyć? Co mi strzeliło do głowy, żeby pozbawiać się jedynych  tylu przyjemności i torturować się systematycznie dzień po dniu przez miesiąc, a być może dłużej?

‘Da liegt der Hund begraben’, jak mawiają poligloci. Od początku listopada zaczęły mi się delikatne objawy RZS, przed samymi świętami, kiedy w nocy znowu obudził mnie ból nadgarstka i zaczęłam sobie delikatnie szlochać (bo boli, bo lockdown, bo zima i brak słońca), Mi zmusił mnie do pójścia do lekarza. Czekam na wynik testów.

Boję się tej choroby od kiedy moja starsza siostra dwadzieścia lat temu leżała w łóżku i płakała z bólu przez rok, bo zachorowała na agresywną jej postać. Choroby autoimmunologiczne są bowiem w rodzinie: młodsza siostra cztery lata temu dostała diagnozę Hashimoto. Bratanica ma cukrzycę dziecięcą. A ja dotychczas wyłgiwałam się przeznaczeniu zwykłymi alergiami, kichaniem i egzemą. Luzik. Kto by się przejmował. Nieustająco piłam i jadłam rzeczy zakazane (orzechy!), bo przecież głupia wysypka na dłoniach nie pozbawi mnie tej przyjemności.

Młodsza siostra, ta z Hashimoto, dwa lata temu nagle zwariowała i zaczęła jeść w kółko makrelę z sałatą, wołowinę z burakami, poprawianą gotowanymi batatami i okazało się, że skutecznie zaleczyła sobie w ten sposób Hashimoto (czytaj: obniżyła wskaźnik zapalny). Przysięga teraz na wszystkie naukowe świętości, że ten potworny! sposób odżywiania działa. Jest przy tym doktorem (chemii, ale zawsze;), więc wie, jak się porządnie wyciąga wnioski z danych i interpretuje wyniki badań. Już dawno mnie namawiała, żebym spróbowała zredukować sobie alergię w ten sposób, ale musiałabym upaść na głowę, żeby wyrzeć się tylu przyjemności dla zmniejszenia pokrzywki na rękach.

Ale teraz przeznaczenie mnie dopadło. Trzymajcie kciuki.

Co roku sobie postanawiam, że będę więcej czytać książek, bo mi się styl pisania degeneruje i niedługo nie będzie się dało tego czytać.

I co roku mi się nie udaje, bo jak tu jeszcze więcej, jak się nagle okazuje, że muszę codziennie zarzucić te 30 – 70 stron wypocin studenckich. I w tym roku będzie to samo, bo znowu od miesiąca siedzimy po uszy w esejach. Miałam mieć przerwę świąteczną i miało być trochę lżej, ale Mi wyskoczyło sprawdzanie 150 postów blogowych i 50 esejów, pomogę mu oczywiście, bo już biedak się nie wyrabia.

Trudna końcówka roku ze spiętrzeniem spraw pracowych i niepokoi zdrowotnych, ale tym razem uroczyście sobie obiecuję, że w przyszłym roku nie bierzemy dodatkowych zajęć – tych dla zarobku i tych prestiżowych. Namówiłam Mi, żeby wziął fuchę na swoim uniwerku, a teraz wydaje się, że fucha sobie wzięła jego, bo ciągle go nie ma, to znaczy jest w domu, ale duchem nieobecny. Pracuje.

Święta spokojne, ze stresem świątecznym w normie i tylko we czwórkę. Miała dojechać koleżanka/dziewczyna Adka, ale się w samą Wigilię okazało, że rodzice mają robić test i już po Świętach odebrali dodatni wynik. Ona jeszcze nie, ale jak wiecie to skomplikowane.

W nowy rok zaczynam przeokropną dietę, która mam nadzieję pozwoli wyciszyć pewne zaczynające się u mnie objawy, ale wcale mi się nie uśmiecha, bo jest naprawdę niefajna. Jedynym pocieszeniem to, że jako skutek uboczny się chudnie:D

Wczoraj nareszcie spotkaliśmy się z naszymi ulubionymi znajomymi (ona Hiszpanka, on Irlandczyk), tymi, których namówiliśmy na kupno domu koło nas i których nie widzieliśmy naprawdę dawno – jak na to, że mieszkają prawie że za rogiem. Spotkania osobiste jednak mają zupełnie inną dynamikę. Ona zrobiła mnóstwo naprawdę przepysznych różności i do tego dużo wegańskich dla Mi, który nie pił i wrócił wcześnie z Mo do domu. Ja zostałam i piłam, i to takie dziwne alkohole, że dziś cały dzień mnie boli głowa. Ale o dziewiątej wieczorem już myślę, że było warto, bo o dziewiątej rano nie byłam tego taka pewna;)

Najdłuższa noc za nami

choć słońce dziś nie przedarło się przez chmury, żeby zaświecić w Newgrange.

Trzymam się tego ‚lepiej’ kurczowo, bo nastrój pikuje jak ciśnienie przed burzą.

Ale jutro już będzie lepiej. Dzień będzie dłuższy.

Już wkrótce nie będziemy musieli się budzić w ciemnościach, z piaskiem pod oczami i ociężałym ciałem.

Czekam na więcej światła.

Czekam na moment, kiedy dzieci zaczynają zauważać, że rodzice są ludźmi. Kiedy Adek przestanie wspominać, że musi się dokładać do budżetu, tylko zauważy, że od roku sobie nie kupiłam butów, bo skoro nie chodzę do pracy, to mogę oszczędzić.

Czekam, kiedy lekarz wreszcie coś poradzi na moje stawy, które zaczęły mnie boleć i puchnąć. Boję się, że to choroba reumatyczna, do której mam rodzinne skłonności. Opuchlizna wędruje po moich kończynach, schodzi z nadgarstka i za parę dni zaczyna się na stawie barkowym. Nieprzyjemne i upierdliwe. Nie mogę ćwiczyć, nie mogę nosić niczego ciężkiego, nie mogę spać w nocy.

Czekam, kiedy będę miała choć trochę mniej pracy, kiedy Mi złoży w końcu magisterkę i skończy ostatni esej. Wczoraj czytałam mu ją jeszcze po raz ostatni, pięćdziesiąt stron zastanawiania się, czy ‚the’ czy jednak ‚a’. Nigdy się tego dobrze nie nauczę.

Czekam, kiedy będę się mogła zobaczyć z mamą, która ma osiemdziesiąt lat i sto chorób współistniejących.

Czekam, kiedy pozwolą mi zdawać test na prawko, bo chyba znowu w styczniu będzie kolejny lockdown.

Ale najdłuższa noc za nami.

Nadzieja

Wiecie co mi daje nadzieję?

Dzisiejsza młodzież.

No bo posluchajcie:

Jaka ta młodzież wrażliwa! Jaka delikatna!

A tu trochę ostrzej:

https://www.youtube.com/embed/tDvEedOUaEI

Ale też fajnie!

(Ostrzegam – są wulgaryzmy;)

(Pamiętam jak dawno, dawno temu, na wizycie rodzinnej powiedziałam ‚dupa’ przy moich trzech starszych ciotkach i dostałam za to straszną burę, ale uparcie, przez łzy prawie, broniłam swojego zdania, że czasem trzeba, a nawet powinno się używać takich wyrazów. Bo są sytuacje, kiedy nie można inaczej tego powiedzieć. I tak mi się skojarzyło ze słynnym ‚wypierdalaj’. Ciekawe, czy ciotki pamiętają, bo jeszcze żyją – jedna ma 60 lat, druga 90 a trzecia 93 lata;)

Toż to dzieciaki młodsze od mojego syna. A takie ogarnięte.

A ta pandemia, to wszystko wkrótce minie. Ważne tylko, żeby sobie potem świat lepiej poukładali, niż ich rodzice/dziadkowie.

No i co myślicie?

Negocjujemy Adexit. Dostęp do rynku wspólnego za odpowiedni wkład do wspólnej gospodarki został już niby dawno uzgodniony, co z tego, jak zobowiazania przyjete dobrowolnie ciągle okazuja się trudne do wyegzekwowania (poza finansowymi, gdzie się wywiązuje).

Kwestią sporną pozostają też niższe standardy (czystości), które doprowadzają mnie do pasji jakiej Angela Merkel nawet sobie nie jest w stanie wyobrazić. Ale nawiększym problemem jest dostosowanie zachowania do standardów obowiązujących na naszym terenie – tzn. my nie zgadzamy się na urzędowanie po nocy i wstawanie koło piętnastej, Adziarz uważa, że skoro jest dorosły to nic nam do tego. Rozmowy zostały gwałtownie zerwane w piątek, kiedy oboje z Mi byliśmy w pracy, a Adek spał do 15 i nie można było się do niego dodzwonić, żeby choć obiad nastwił czy naczynia pomył. Według niego powinniśmy byli dzień wcześniej zrobić rezerwację jego usług, natomiast nie możemy wymagać, żeby specjalnie dla nas zmieniał swój zegar dobowy.

Na razie porozumienia brak, ale negocjatorzy się nie poddają.

W zeszłym tygodniu byłam po raz pierwszy od dawna w mieście i poczułam MAGIĘ TEGO CZASU. Dublin jest pięknie oświetlony, jak co roku. Duch świąt jednak żyje, choć być może pod respiratorem.

Oczywiscie nie moje zdjecie, tylko Journal.ie

Byłam również na obiedzie świątecznym z dwojgiem przyjaciół w restauracji – siedzieliśmy na zewnątrz, ale pod dachem. Światełka, alkohol i towarzystwo przyjaciół uderzyło mi do głowy i mogłabym tak siedzieć pół nocy…

W domu po raz pierwszy mamy dużą żywą choinkę (ale w doniczce) i w dodatku już ją ubrałam, nie dało się inaczej, bo Mo od miesiąca marudziła o ‚dekorejszyn’, których jednak jak widać na załączonym obrazku nie ma za dużo, bo przecież ARMAGEDON – w sklepach WYKUPILI BOMBKI, mozna zamówić sobie na ‚po świętach’. Ale nie z nami takie numery, kupiłam zatem 600 światełek, jak widać. Choinka to prezent od Adka i Ren, przywieziony z rodzinnych stron Ren jeszcze przed zerwaniem rozmów.

Czubek uciety, ale nie wymagajcie ode mnie za wiele.

Ale prace okołoświateczne leżą – w zeszłym tygodniu umyłam jedno oko okno i to na razie byłoby na tyle. O pieczeniu pierników i robieniu pierogów zapomnij.

Zasypani jesteśmy niestety nie śniegiem, ale studenckimi esejami do sprawdzenia, na które poświęcam każdą wolną chwilę. Mi wziął sobie jeszcze fuchę na uniwerku, która z założenia miała być tylko dodatkiem prestiżowym i został tanią siłą roboczą: ma 150 postów na blogi akademickie do oceny przed świętami.

Ale wczoraj rzutem na taśmę posadziłam resztę tulipanów, trzy krzaki malin i borówkę amerykańską.

Tęsknię za owocami w lecie i kwiatami na wiosnę.

Dlaczego bogate dzieci dostają droższe prezenty, Mikołaju?

Wiele, wiele lat temu , kiedy Adek miał 5, a może 6 lat, gdzieś tak właśnie w okolicach grudnia wracaliśmy sobie do domu we trójkę. Adek całą drogę rozmyślał i kiedy zatrzymaliśmy się przed naszą bramą bardzo poważnie się na nas popatrzył i zapytał:

– Rodzice, a święty Mikołaj istnieje naprawdę? Tylko proszę, NIE KŁAMCIE MNIE.

Zapadła cisza. Adek nie spuszczał z nas wzroku.

– No wiesz synku……… nie istnieje.

– Tak się tylko mówi dzieciom. Ale wiesz, tak naprawdę ma on znaczenie symboliczne, a przestrzeń symboliczna … – zaczynałam się rozkręcać, chcąc choć trochę uratować tę dziecięcą wiarę.

– Ooo, tak myślałem! – wykrzyknął Adek z wyraźną ulgą.

– Bo wiecie, tak sobie właśnie rozmyślałem, że jak to jest możliwe, to znaczy jaki on ma NAPĘD w tych saniach, żeby tak szybko się poruszać, i jeszcze zatrzymywać, przecież nawet rakieta nie może lądować na ziemi, i jeszcze zdąża do WSZYSTKICH dzieci, czyli parę milionów – nawet miliardów, synku – no i nie mogłem zrozumieć, jak to jest NAPRAWDĘ możliwe…

I tak się skończyła wiara w Mikołaja u mojego pierwszego dziecka.

Wtedy jeszcze się zastanawiałam nad tym, czy mówić mu prawdę, czy nie załagodzić trochę tej rzeczywistości, czy nie obtoczyć jej w lukrze, obłożyć watą i posypać czekoladą. Ale moje dziecko było gotowe na prawdę i PRAWDA wyraźnie sprawiła mu ulgę.

I od tamtego zimowego dnia podejście do Mikołaja mi się przewartościowało.

Oczywiście – dzieci dwu, trzy bądź czteroletnie widzą świat na sposób magiczny, nie zauważając powiązań między przyczyną i skutkiem, ale pewne elementy racjonalności już się pojawiają i powinniśmy wzmacniać takie postrzeganie rzeczywistości.

Powinniśmy nauczyć je odróżniać rzeczywistość od fantazji, karmić je empatią, ale i logiką, zdrową dietą z wiedzy i precyzyjnego rozumowania, powinniśmy je nauczyć MYŚLEĆ, a nie fantazjować. Nie oznacza to przy tym rezygnacji z empatii i uczuć – bo sądzę, że jest to dla dziecka BARDZIEJ rozwijające, kiedy powiemy mu, że prezenty daje mama i tato, bo bardzo je kochają. I nie ma wtedy takich problemów:

Inaczej jak dorosną będą słabe z matmy, fizy i logicznego myślenia, będą wierzyć w tarota, post-hoc fallacy i homeopatię, seanse spirytystyczne, leczenie dotykiem, znaki i omeny, teorie spiskowe, Trumpa, Brexit, Polexit jako wzmocnienie suwerenności oraz obiecanki polityków. Będą podatne na manipulację i demagogię.

I zamiast aktywnie działać i zmieniać Wrodzoną Niesprawiedliwość Świata, będą czekały na Mikołaja bądź Rycerza na Białym Koniu, który je wreszcie doceni i uwolni. I obdaruje. Albo obudzi pocałunkiem.

Prezenty dla starych ludzi

Jak się jest z kimś lat 20+ to kupienie prezentu na bozenarodzenie/urodziny/dzień taty/męża/imieniny/whatever staje się problemem.

Po pierwsze, kasa jest wspólna, więc kupując dla niego, kupuję za jego. I swoje. To znaczy mamy osobne konta, a mój łaskawy mąż nie sprawdza mojego, ale i tak wszystko idzie z jednej puli. Wiadomo. Wiemy na co oszczędzamy i wiemy na ile sobie możemy pozwolić, żeby dziura w budżecie nie spowodowała buntów społecznych.

Po drugie, wszystko, czego bardzo chcemy, to sobie kupujemy sami. No bo jak wydaje się grubszą kasę na wiertarkę (ja) bądź ciuszki (mąż), to przecież trzeba być absolutnie pewnym, że to jest to. I trzeba przymierzyć, a jak tu przymierzać, żeby osoba przymierzająca nie wiedziała? (tabletki nasenne?)

Po trzecie, nic nie potrzebujemy. Naprawdę. Jak potrzebujemy, to patrz punkt drugi. A jak coś jest zbędne, to patrz punkt pierwszy.

(Po namyśle muszę stwierdzić, że chciałabym, żeby mąż mi zrobił niespodziankę i kupił samochód. Ale mogłoby to oznaczać to, że ma na boku bogatego kochanka/kochankę o których nie wiem. Po jeszcze głębszym namyśle stwierdzam, że ok).

Bo istotny jest jeszcze element zaskoczenia (wiem, wiem, za dużo bym chciała). No bo co to za prezent, jak sobie go sam wybierzesz? To nie żaden prezent, to po prostu zakupy.

A zatem, jak co roku, listopad zaczyna się bólem głowy, który dopiero kończy się koło marca – co MU kupić? Mikołajki – przepraszam, jest już za duży – Bożenarodzenie (w odróżnieniu od Bożego Narodzenia, które jest nie po mojej linii politycznej), jego urodziny i imieniny. Jeszce potem dzień taty, bo wiadomo, że dzieci same zapomną/nie pomyślą/kupią coś głupiego i to jeszcze za moją kasę.

Mąż już od paru lat rzuca ‚oryginalnym’ (hehe) pomysłem, że może ‚nie róbmy sobie prezentów w tym roku’ z uwagi na punkt jeden, dwa i trzy, no ale to przecież bez sensu, bo ja lubię dostawać prezenty!

Ale. I tu wracamy do dylematu.

Książki sobie sam kupuje.

Ciuszki – także.

Elektronika – ooo, tutaj to na pewno musi sam sobie wybrać!

Perfumy – trudna sprawa, bo mogą być tylko wegańskie.

Koszulka z nadrukiem? Fikuśna filiżanka na espresso z finezyjnym obrazkiem roweru? KUBEK? RĘKODZIEŁO? Nie myślcie, że nie próbowałam już wszystkiego. Dwadzieścia+ lat razy 3+ okazje w roku… Na czterdzieste urodziny kupiłam mu ZESTAW SERÓW i okazało się, że właśnie już sobie postanowił WCZEŚNIEJ, że zostanie weganem od dnia swoich urodzin;D Nie powiem, trochę się obraziłam i przestałam odzywać, dopóki nie zjadł tych serów.

Na święta od paru lat kupuję mu zegarki, ma już ten:

ten

Penny Farthing - The Unemployed Philosophers Guild

i ten

Chaplin - The Unemployed Philosophers Guild

Ale ileż można?

Standardem są również ‚śmieszne skarpety’, w nich najbardziej lubuje się Mo, która od kiedy tylko nauczyła się mówić lat na pytanie ‚co kupimy tacie na urodziny?’ wyskakuje jak Archimedes z wanny: ‚Skarpety!’, bo tato bardzo lubi skarpety. No przecież. Ma już różowe z kotkami, tęczowe, z lodami, kwiatkami, kratkami, paskami, prosiaczkami, geometryczne i zakręcone. I jeszcze inne.

W tym roku sięgnęłam już chyba dna i na Bożenarodzenie kupiłam mu śmieszny dzwonek do roweru (Adek mu zniszczył ten nieśmieszny) i zatyczki do uszu, bo Mi ma bardzo lekki sen. Ale to nieZWYKŁE zatyczki, bo najdroższe na rynku! (24 euro). Sam by sobie nie kupił.

A wczoraj złapałam się na myśli, że może jeszcze ultradźwiękowa szczoteczka do zębów?

Co będzie dalej??

Podgrzewane papucie? Tupecik? Pas z kociego futra na korzonki? (o fe, niewegański!). Ozdobna szklanka na zęby?

Człowiek bez przerwy

A to mój mąż przy pracy w swojej jaskini, pracuje obecnie bez przerwy.

Widać jeszcze nie przymocowany kominek – czy ja pisałam, że u mnie wszystko powoli?

Na kominku kolekcja rysunków Mo i popiersie Marksa, pomgaga Mi przy pracy.

Mnie Marks pomaga w akumulacji apitału – wrzucam tam resztę z zakupów, jeszcze sto lat i będę burżuazją.

Outfit Mi – kapelusz Ren, okulary własne.

Możecie też zobaczyć mój ostatni nabytek – szezląg, który kupiłam, żeby już nikt nie miał wątpliwości, że jestem klasą średnią!

Czekałam 21 tygodni na dostawę, już myślałam, że sprawdzają moje pochodzenie społeczne i dokopali się do chłopstwa i babstwa, ale okazało się, że się akurat zaczęła pandemia! No ale wreszcie jest i niedowiarki mają się z pyszna.