Lata później

Mijają trzy lata, odkąd wprowadziliśmy się naszego domu i codziennie dziękuję za to losowi, a w zimie nawet dwa razy dziennie. Dom jest ciepły (szczególnie po wymianie okien i ociepleniu) i suchy, idealny na Irlandzki listopad i grudzień. I styczeń. I luty.

Mamy sypialnię, pokój Adka, pokój dzienny i mały pokoik w sam raz na home office albo gabinet, jak to się kiedyś nazywało. Wystarczająco miejsca, by sobie nie przeszkadzać, kiedy oboje prowadzimy zajęcia.

Jakoś dobrze się mamy tej zimy, pomimo okoliczności przyrody.

Siedzimy w domu, ale mamy dom. Siedzimy sobie na głowie, ale się lubimy, więc nie jest to szczególnie upierdliwe. Mamy pracę, którą bez problemu da się wykonywać zdalnie. Mamy szczęście. Czasem sobie myślę o tych wszystkich ludziach stłoczonych w wynajmowanych mieszkaniach z przeciągami, o ścianach w kolorze Magnolia, ludziach martwiących się zasiłkiem, wynajmem i nieuchronną podwyżką czynszu, gdy tylko już będzie można. Byliśmy o krok od takiej sytuacji, od osunięcia się w przepaść, zapadnięcia w ruchome piaski, gdzie im bardziej się porusza nogami, tym głębiej się człowiek zakopuje, od chorób dzieci z ciągłego wdychania grzyba na ścianach, od wiecznego szarpania się i martwienia, od kiełkującej depresji, żywiącej się natłokiem ludzi na metr kwadratowy podłogi i spraw na głowę. Jakoś nam się udało.

Pracą się nie martwię – bo właściwie nie ma czym, mali ludzie muszą podskakiwać, żeby wydawać się większymi. Nawet samym sobie. Wydaje się, że sprawa jest wyciszana od góry, bo żadne odgłosy do mnie nie dochodzą, choć zawsze zostaje paranoja, że to po prostu MNIE nikt nic nie mówi;D

Znowu posadziłam tulipany i szafirki, czekam jeszcze na cebulki moich ukochanych białych, muszę też dokupić donice. W najciemniejszym miesiącu w roku trzeba pamiętać, że przyjdzie wiosna i nie można wtedy zostać bez tulipanów.

40 lat później