Ale tydzień dopiero się zaczynał…

W poniedziałek odkryłam, że właśnie tego dnia mija termin złożenia papierów egzaminacyjnych do moich dwóch przedmiotów. Jest to okropnie upierdliwa robota, której naprawdę nie cierpię, bo nie tylko trzeba ułożyć pytania z przedmiotu zgodne z poziomem nauczania (na przykład na pierwszym roku nie można używać wyrazów ‚analyse’, czyli przeprowadź analizę, w ogóle nie można używać takich słów, jak ‚discuss’, czyli poddaj dyskusji itd itp), ale też jeszcze wymysleć odpowiedzi zaznaczając, co studenci powinni napisać na trójkę, a co na piątkę. A w dodatku Mo wróciła ze szkoły z kolejną skargą na kolegę, który w świetlicy podszedł ją od tyłu i walną pięścią w głowę, krzycząc, że jej rysunki są okropne. Sytuacja jest dodatkowo skomplikowana, bo jego rodzice to nasi dobrzy znajomi, z uwagi na których wybraliśmy właśnie tę szkołę. Z tym wszystkim skończyłam robotę koło pierwszej w nocy i tak się nakręciłam, że nie nie zasnęłam aż do szóstej rano.

We wtorek rano pojechałam do świetlicy poprosić, aby nauczycielki bardziej zwróciły uwagę na to co się dzieje. Na szczęście miałam tylko jeden wykład wieczorem, ale musiałam się do niego przygotować, a w głowie cały dzień przerabiałam jak mam porozmawiać z naszymi przyjaciółmi. Dziecko ma problemy z agresją i nie byłam do końca pewna, czy oni o tym wiedzą, czy po prostu o tym z nami nie rozmawiają. Po setnym obróceniu problemu w głowie postanowiłam rozmowę na razie odłożyć na później.

Środa przebiegła normalnie, jak to zwykle bywa przed burzą. Miałam dużo pracy i sobie spokojnie pracowałam zadowolona, że podjęłam właściwą decyzję.

A w czwartek wybuchła bomba.