Ostatnie ciepłe dni lata,

a moze początki jesieni. Siedzę w ogrodzie w pieknym, jesiennym słońcu, już nie tak ostrym jak w lecie. Napisałabym, że cisza i spokój, ale gołębie gruchają, mewy krzyczą, psy szczekają, ptaszki ćwierkają, pszczoły i inne bąki bzyczą. Gdzieś daleko słychać pojedyncze samochody, czasem przejedzie pociąg – linia kolejowa przebiega za domami ulicę dalej. Kwiaty i rośliny kwitną i rosną, jeszcze ostatnie tygodnie wytężonej pracy przed nieuknioną zimową pauzą. Nawet jabłka w tym roku niemożliwie dorodne, choć tylko pięć.

Nie uwierzycie, jak wygląda teraz moja róża, którą posadziłam z gałązki:

Teraz
Dwa miesiace temu

Virginia Creeper też w zeszłym roku była malutkim pnączykiem i miała 10 cm. W tym roku zajęła pół ściany i zaczyna się pięknie czerwienić. Posadziłam ją w takim miejscu, że mi nie ucieknie, bo to straszny rozbójnik jest i ogrodnicy przed nią przestrzegają. Ale jest taka piękna na jesień!

Tylko passiflora się nie daje, jak widać – również rok temu posadzona po drugiej stronie muru, wyrosła ponad i przewiesiła swoje pędy i kwiatuszki na Virginię:

Wichura poszarpała nasz wielki powojnik i postanowiłam go podciąć. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, bo wygląda teraz bardzo biednie. Mam nadzieję, że przeżyje.

Tylko mój jadalny ogród marniutki – skromny koperek, oskubany przez dzieciaki, krzaczek czarnych pomidorków, dwa marne krzaki malin i dwie truskawki. Obiecuję sobie, że się poprawię.

Mo zadowolona ze szkoły, dziś jakby bardziej niż w poprzednie dni. Mieli lekcje w ogrodzie, a w dodatku była ‚mini teacher’.

Nowy rok

zaczął się – jak to zwykle bywa we wrześniu – rannym wstawaniem.

Już myślałam, że mnie tym razem wykończy, bo ciało nie zamierzało poddawać się tyranii pt. ‚wstajemy o siódmej’ i choć wstawało, to nie chciało zasnąć do połowy nocy, ale na szczęście dla mnie skończyło się kapitulacją. Bez ofiar. A zatem zasypiam bez żadnych proszków i to koło 11. Well done! Mo też się przestawia, chodzi codziennie spać przed 9, a jak jest zmęczona rano i nie budzi się przed budzikiem, to kładę ją jeszcze 15 minut wcześniej i naprawdę, naprawdę rano jest coraz lepiej. Niedługo – jak taka_jedna – będziemy wstawać przed świtem, budzić koguty i przybijać piątkę z różanopalcą jutrzenką, jestem z nas taka dumna!

Ale żeby utrzymać ‚rutynę’, jak się mówi w ponglish, muszę również wstawać rano w weekendy, bo inaczej ciało się rozbisurmani i będzie źle. I to jest prawdziwa katastrofa.

Co jest największą przyjemnością chorowania?

Leżenie w łóżku i czytanie książek. Bez wyrzutów sumienia.

Wreszcie skończyłam Half of the Yellow Sun – pierwsze 100 stron czytałam cztery miesiące, dalsze 300 zajęło mi trzy dni. Długo (i nudno) się zaczyna, by nagle człowieka kompletnie wciągnąć, łącznie z butami. Nie mogłam przebrnąć przez opisy egzotycznej codzienności i przyrody, napisane w dodatku z punktu widzenia prostego chłopaka z afrykańskiej wioski. Nuda panie. Może specjalnie szkic z luksusowego życia Nigeryjskich intelektualistów, osadzonego w tradycyjnej afrykańskiej kulturze, ciągnął się jak flaki z olejem, by uświadomić czytelnikowi szok i nagłość rewolucyjnej zmiany. Ale stanowczo wolałam opisy garderoby porządnej niemieckiej pani domu z Hannemana, które zdaje się spełniały tę samą funkcję. Może nie lubię egzotyki?

W czasie lockdownu przeczytałam również Normal People i jestem zachwycona. Książka przepięknie napisana, sprawiła, że raz jeszcze poczułam się jak studentka na progu dorosłości. To jest książka o tym jak się staje kim się jest – ta atmosfera niedopowiedzenia i niepewności, niedookreśloności, kiedy jeszcze tak naprawdę nie wiadomo kim jesteś i kim są inni ludzie, kiedy jeszcze człowiek nie zastygł w swojej formie, w swoich ulubionych powiedzonkach i postawie wobec rzeczywistości, kiedy dopiero się z tej magmy wyłania i kiedy odkrywa całą ciemną mroczność świata, która tak naprawdę okazuje się być w środku człowieka, w środku nas i nagle stajemy z nią twarzą w twarz i nie wiemy co z tą wiedzą zrobić. Jest to książka o miłości, sado-masochizmie, cierpieniu i dojrzewaniu. Książka napisana językiem pięknym, delikatnym, precyzyjnym, oszczędnym. Dodatkową przyjemnością są dla mnie lokalne smaczki – Uniwersytet, w którym się rozgrywa akcja, to właśnie ten, na którym obecnie studiuje M, a Adek właśnie go skończył. Zaskoczyło mnie, że w Polsce książka jest oceniana jako dość przeciętna – może to kwestia tłumaczenia, choć chyba bardziej tego, że ginie bogactwo odniesień kulturowych i społecznych.

Bo ta książka jest też o strukturze klasowej Irlandii, gdzie podziały te wysysa się z mlekiem matki – różnice w odziedziczonej pozycji społecznej są oczywiste, stanowią tło, nie muszą być werbalizowane, a często nie są nawet uświadamiane, choć ludzie podług tych reguł żyją. Jest to uznane za ‚normalne’, za to, jak się rzeczy mają. Pomimo wszechobecnej politycznej grzeczności, rodziny mieszkające w domach socjalnych są naprawdę inaczej postrzegane, a twój akcent w sekundę potrzebną na wypowiedzenie ‚wha?’ sytuuje cię na odpowiednim szczeblu społecznej hierarchii. Ale żeby zrozumieć Irlandię, trzeba najpierw zrozumieć angielską kolonizację, która skończyła się dopiero z początkiem XX wieku, bo struktura klasowa nakłada się na podziały narodowościowe (które w praktyce były rozumiane jako religijne) i częściowo się z nich wywodzi. Dychotomia Protestantów i Katolików to wciąż żywy kod interpretacji rzeczywistości społecznej (choć być może w Republice już nie aż tak ważny, jak w Irlandii Północnej). W zeszłym roku moi studenci na jedno z zaliczeń mieli wybrać sobie jakieś miejsce w Irlandii – kawałek ulicy, małą wieś czy cokolwiek – i na podstawie Spisu Powszechnego z 1901 i 1911 roku przeprowadzić jego społeczną charakterystykę. I pomimo, że dostępne dane są bardzo skromne (wyznanie, liczba dzieci, zawód, ilość pokoi w domu, umiejętność czytania), wyraźny obraz zaczął się wyłaniać: Protestanci byli bogatsi (więcej pokoi, mniej osób na pokój), o lepszych zawodach, częściej umieli czytać i pisać, mieli mniej dzieci. I Uniwersytet, o którym piszę, jest właśnie uniwersytetem protestanckim – katolicy nie mogli na nim studiować aż do końca XVIII wieku (kobiety dopiero od 1904, co jest i tak najwcześniej w całej Brytanii). Do dzisiaj jest on najbardziej prestiżowy w RoI (a jego przepiękna biblioteka grała w Harym Potterze).

Niestety, niewiele czytam książek. Choć czytam nieustannie, praktycznie cały czas, trudno powiedzieć, żebym czytała dla przyjemności czytania, jest to raczej jakaś kompulsja, jakby mój umysł karmił się faktami i skrawkami informacji. Bardzo dużo muszę czytać do pracy, a jak mam przerwę, to wpadam w pułapkę gazet, blogów i wiadomości, krótkie informacje, jeśli nawet pogłębione analizy, to na pięć, a nie pięćdziesiąt stron. Przypomina mi się, jak byłam nastolatką i z nudów czytałam w toalecie nawet opakowania proszków do prania, szamponów i mydeł. Krótkie teksty są łatwiejsze do ogarnięcia, nie wymagają takiego skupienia, wejścia w obcy świat, a czytanie książek na komórce mnie denerwuje, mam całą bibliotekę, ale druk jest mały, niewygodnie się przerzuca strony itd itp.

Postanawiam zatem w tym roku czytać mniej – mniej faktoidów i zupełnie mi niepotrzebnych informacji, a więcej książek, ładnie napisanych.

Wylegując się w łóżku zaczęłam również oglądać Gilmore Girls – co was najbardziej w tym serialu uwodzi?

PS. O czymkolwiek bym nie pisała, i tak schodzę na socjologię i podziały społeczne ;D

Jeden cały dzień w szkole

zanim się rozchorowała. Nic poważnego – przeziębienie. Zawsze zaczyna się katarem, potem przechodzi w kaszel, ale taki, jakby płuca wyrywało. Kiedy już jest kaszel już wiem, że jest zdrowa, ale do szkoły posłać nie można. Na szczęście ja jeszcze nie pracuję, więc bez problemu zostajemy w domu.

Po pierwszych dwóch dniach bardzo zadowolona. Płacze, że mieli robić mapę w szkole, a ona nie będzie. Musieliśmy też wczoraj w domu rozwiązywać zadania z matmy. Dorwała się też do zeszytu ćwiczeń i zaczęła wypełniać, ale od środka, bo początek jej się nie podobał. I co tu robić – nie pozwalać? bo trzeba po kolei? bo będą to robić w szkole? Na razie pozwalam na wszystko, żeby ten jej entuzjazm opadł jak najpóźniej, bo to, że opadnie to pewne;D

Szkoła w czasie pandemii

W Irlandii, tak jak i w Polsce, główna odpowiedzialność za organizaję nauki spadła na dyrektorów, którzy wprawdzie dostali jakieś dodatkowe fundusze na środki czystości, odkażanie rąk, czy zatrudnienie dodatkowych nauczycieli, ale, jak to zwykle bywa, wszyscy narzekają, że nie wystarczające. Problemem są także duże klasy, na co rodzice zwracają uwagę od lat – w klasie Mo jest 30 dzieci.

Pierwsze wrażenie jest jednak pozytywne. Dzieci są podzielone na małe ‚pods’, czyli strączki po 7-8 osób, które siedzą przy jednym stoliku. Klasy to ‚bubbles’, czyli bąbelki, które nie stykają się ze sobą za dużo. Pierwszego dnia najmłodsze dzieciaki i ich rodzice zostali zaproszeni do szkoły ‚strączkami’, t.j. każda grupka na inną godzinę, co 15 minut, a że każda klasa ma poza tym własne miejsce na boisku szkolnym, z którego dzieci są odprowadzane przez dyżurujących nauczycieli do klas, zupełnie nie było tłoku przed szkołą. Od dzisiaj dzieci mogą przychodzić od 8.30 do 8.50, założenie jest takie, żeby nie tworzył się przed szkołą tłum czekający na otwarcie szkoły.

Dziś lało, więc przetestowaliśmy alternatywną drogę do szkoły: dojeżdżamy na rowerze 7 minut do Luasa (szybki tramwaj), potem 10 minut tramwajem prawie pod samą szkołę. Wszystko pół godziny na spokojnie, a 20 minut na niespokojnie, i człowiek jest (prawie) suchy. Jest dobrze:)

Moirin opowiada jak było