a moze początki jesieni. Siedzę w ogrodzie w pieknym, jesiennym słońcu, już nie tak ostrym jak w lecie. Napisałabym, że cisza i spokój, ale gołębie gruchają, mewy krzyczą, psy szczekają, ptaszki ćwierkają, pszczoły i inne bąki bzyczą. Gdzieś daleko słychać pojedyncze samochody, czasem przejedzie pociąg – linia kolejowa przebiega za domami ulicę dalej. Kwiaty i rośliny kwitną i rosną, jeszcze ostatnie tygodnie wytężonej pracy przed nieuknioną zimową pauzą. Nawet jabłka w tym roku niemożliwie dorodne, choć tylko pięć.
Nie uwierzycie, jak wygląda teraz moja róża, którą posadziłam z gałązki:


Virginia Creeper też w zeszłym roku była malutkim pnączykiem i miała 10 cm. W tym roku zajęła pół ściany i zaczyna się pięknie czerwienić. Posadziłam ją w takim miejscu, że mi nie ucieknie, bo to straszny rozbójnik jest i ogrodnicy przed nią przestrzegają. Ale jest taka piękna na jesień!

Tylko passiflora się nie daje, jak widać – również rok temu posadzona po drugiej stronie muru, wyrosła ponad i przewiesiła swoje pędy i kwiatuszki na Virginię:

Wichura poszarpała nasz wielki powojnik i postanowiłam go podciąć. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, bo wygląda teraz bardzo biednie. Mam nadzieję, że przeżyje.

Tylko mój jadalny ogród marniutki – skromny koperek, oskubany przez dzieciaki, krzaczek czarnych pomidorków, dwa marne krzaki malin i dwie truskawki. Obiecuję sobie, że się poprawię.
Mo zadowolona ze szkoły, dziś jakby bardziej niż w poprzednie dni. Mieli lekcje w ogrodzie, a w dodatku była ‚mini teacher’.