Nowy rok

zaczął się – jak to zwykle bywa we wrześniu – rannym wstawaniem.

Już myślałam, że mnie tym razem wykończy, bo ciało nie zamierzało poddawać się tyranii pt. ‚wstajemy o siódmej’ i choć wstawało, to nie chciało zasnąć do połowy nocy, ale na szczęście dla mnie skończyło się kapitulacją. Bez ofiar. A zatem zasypiam bez żadnych proszków i to koło 11. Well done! Mo też się przestawia, chodzi codziennie spać przed 9, a jak jest zmęczona rano i nie budzi się przed budzikiem, to kładę ją jeszcze 15 minut wcześniej i naprawdę, naprawdę rano jest coraz lepiej. Niedługo – jak taka_jedna – będziemy wstawać przed świtem, budzić koguty i przybijać piątkę z różanopalcą jutrzenką, jestem z nas taka dumna!

Ale żeby utrzymać ‚rutynę’, jak się mówi w ponglish, muszę również wstawać rano w weekendy, bo inaczej ciało się rozbisurmani i będzie źle. I to jest prawdziwa katastrofa.