Co jest największą przyjemnością chorowania?

Leżenie w łóżku i czytanie książek. Bez wyrzutów sumienia.

Wreszcie skończyłam Half of the Yellow Sun – pierwsze 100 stron czytałam cztery miesiące, dalsze 300 zajęło mi trzy dni. Długo (i nudno) się zaczyna, by nagle człowieka kompletnie wciągnąć, łącznie z butami. Nie mogłam przebrnąć przez opisy egzotycznej codzienności i przyrody, napisane w dodatku z punktu widzenia prostego chłopaka z afrykańskiej wioski. Nuda panie. Może specjalnie szkic z luksusowego życia Nigeryjskich intelektualistów, osadzonego w tradycyjnej afrykańskiej kulturze, ciągnął się jak flaki z olejem, by uświadomić czytelnikowi szok i nagłość rewolucyjnej zmiany. Ale stanowczo wolałam opisy garderoby porządnej niemieckiej pani domu z Hannemana, które zdaje się spełniały tę samą funkcję. Może nie lubię egzotyki?

W czasie lockdownu przeczytałam również Normal People i jestem zachwycona. Książka przepięknie napisana, sprawiła, że raz jeszcze poczułam się jak studentka na progu dorosłości. To jest książka o tym jak się staje kim się jest – ta atmosfera niedopowiedzenia i niepewności, niedookreśloności, kiedy jeszcze tak naprawdę nie wiadomo kim jesteś i kim są inni ludzie, kiedy jeszcze człowiek nie zastygł w swojej formie, w swoich ulubionych powiedzonkach i postawie wobec rzeczywistości, kiedy dopiero się z tej magmy wyłania i kiedy odkrywa całą ciemną mroczność świata, która tak naprawdę okazuje się być w środku człowieka, w środku nas i nagle stajemy z nią twarzą w twarz i nie wiemy co z tą wiedzą zrobić. Jest to książka o miłości, sado-masochizmie, cierpieniu i dojrzewaniu. Książka napisana językiem pięknym, delikatnym, precyzyjnym, oszczędnym. Dodatkową przyjemnością są dla mnie lokalne smaczki – Uniwersytet, w którym się rozgrywa akcja, to właśnie ten, na którym obecnie studiuje M, a Adek właśnie go skończył. Zaskoczyło mnie, że w Polsce książka jest oceniana jako dość przeciętna – może to kwestia tłumaczenia, choć chyba bardziej tego, że ginie bogactwo odniesień kulturowych i społecznych.

Bo ta książka jest też o strukturze klasowej Irlandii, gdzie podziały te wysysa się z mlekiem matki – różnice w odziedziczonej pozycji społecznej są oczywiste, stanowią tło, nie muszą być werbalizowane, a często nie są nawet uświadamiane, choć ludzie podług tych reguł żyją. Jest to uznane za ‚normalne’, za to, jak się rzeczy mają. Pomimo wszechobecnej politycznej grzeczności, rodziny mieszkające w domach socjalnych są naprawdę inaczej postrzegane, a twój akcent w sekundę potrzebną na wypowiedzenie ‚wha?’ sytuuje cię na odpowiednim szczeblu społecznej hierarchii. Ale żeby zrozumieć Irlandię, trzeba najpierw zrozumieć angielską kolonizację, która skończyła się dopiero z początkiem XX wieku, bo struktura klasowa nakłada się na podziały narodowościowe (które w praktyce były rozumiane jako religijne) i częściowo się z nich wywodzi. Dychotomia Protestantów i Katolików to wciąż żywy kod interpretacji rzeczywistości społecznej (choć być może w Republice już nie aż tak ważny, jak w Irlandii Północnej). W zeszłym roku moi studenci na jedno z zaliczeń mieli wybrać sobie jakieś miejsce w Irlandii – kawałek ulicy, małą wieś czy cokolwiek – i na podstawie Spisu Powszechnego z 1901 i 1911 roku przeprowadzić jego społeczną charakterystykę. I pomimo, że dostępne dane są bardzo skromne (wyznanie, liczba dzieci, zawód, ilość pokoi w domu, umiejętność czytania), wyraźny obraz zaczął się wyłaniać: Protestanci byli bogatsi (więcej pokoi, mniej osób na pokój), o lepszych zawodach, częściej umieli czytać i pisać, mieli mniej dzieci. I Uniwersytet, o którym piszę, jest właśnie uniwersytetem protestanckim – katolicy nie mogli na nim studiować aż do końca XVIII wieku (kobiety dopiero od 1904, co jest i tak najwcześniej w całej Brytanii). Do dzisiaj jest on najbardziej prestiżowy w RoI (a jego przepiękna biblioteka grała w Harym Potterze).

Niestety, niewiele czytam książek. Choć czytam nieustannie, praktycznie cały czas, trudno powiedzieć, żebym czytała dla przyjemności czytania, jest to raczej jakaś kompulsja, jakby mój umysł karmił się faktami i skrawkami informacji. Bardzo dużo muszę czytać do pracy, a jak mam przerwę, to wpadam w pułapkę gazet, blogów i wiadomości, krótkie informacje, jeśli nawet pogłębione analizy, to na pięć, a nie pięćdziesiąt stron. Przypomina mi się, jak byłam nastolatką i z nudów czytałam w toalecie nawet opakowania proszków do prania, szamponów i mydeł. Krótkie teksty są łatwiejsze do ogarnięcia, nie wymagają takiego skupienia, wejścia w obcy świat, a czytanie książek na komórce mnie denerwuje, mam całą bibliotekę, ale druk jest mały, niewygodnie się przerzuca strony itd itp.

Postanawiam zatem w tym roku czytać mniej – mniej faktoidów i zupełnie mi niepotrzebnych informacji, a więcej książek, ładnie napisanych.

Wylegując się w łóżku zaczęłam również oglądać Gilmore Girls – co was najbardziej w tym serialu uwodzi?

PS. O czymkolwiek bym nie pisała, i tak schodzę na socjologię i podziały społeczne ;D