Szkoła w czasie pandemii

W Irlandii, tak jak i w Polsce, główna odpowiedzialność za organizaję nauki spadła na dyrektorów, którzy wprawdzie dostali jakieś dodatkowe fundusze na środki czystości, odkażanie rąk, czy zatrudnienie dodatkowych nauczycieli, ale, jak to zwykle bywa, wszyscy narzekają, że nie wystarczające. Problemem są także duże klasy, na co rodzice zwracają uwagę od lat – w klasie Mo jest 30 dzieci.

Pierwsze wrażenie jest jednak pozytywne. Dzieci są podzielone na małe ‚pods’, czyli strączki po 7-8 osób, które siedzą przy jednym stoliku. Klasy to ‚bubbles’, czyli bąbelki, które nie stykają się ze sobą za dużo. Pierwszego dnia najmłodsze dzieciaki i ich rodzice zostali zaproszeni do szkoły ‚strączkami’, t.j. każda grupka na inną godzinę, co 15 minut, a że każda klasa ma poza tym własne miejsce na boisku szkolnym, z którego dzieci są odprowadzane przez dyżurujących nauczycieli do klas, zupełnie nie było tłoku przed szkołą. Od dzisiaj dzieci mogą przychodzić od 8.30 do 8.50, założenie jest takie, żeby nie tworzył się przed szkołą tłum czekający na otwarcie szkoły.

Dziś lało, więc przetestowaliśmy alternatywną drogę do szkoły: dojeżdżamy na rowerze 7 minut do Luasa (szybki tramwaj), potem 10 minut tramwajem prawie pod samą szkołę. Wszystko pół godziny na spokojnie, a 20 minut na niespokojnie, i człowiek jest (prawie) suchy. Jest dobrze:)

Moirin opowiada jak było