Jak niedawno pisałam, Mo zaczęła rok szkolny chorobą.
Nic nadzwyczajnego – katar, lekka gorączka, charczenie i świsty przy oddychaniu, jakby się dusiła, a potem kaszel wyrywający płuca, choć tak naprawdę oskrzela. Typowa ‚choroba Mo’, którą przechodziliśmy chyba z dwadzieścia razy, od kiedy Mo skończyła trzy miesiące.
Kiedy po raz pierwszy nie mogła złapać powietrza na leżąco i cały dzień musiałam ją trzymać pionowo, bardzo się przestraszyłam, ale lekarka stwierdziła, że to ‚bronchilitis’ i że małe dzieci często to przechodzą, choć niektóre gorzej niż inne. Dać jej paracetamol, dbać, żeby piła, a jeśliby siniała wokół ust, pędzić do szpitala, bo to znaczy, że zaczyna się dusić. Ale zdarza się to bardzo rzadko.
Kiedy po raz drugi spędziłam z nią całą noc na siedząco, umierając ze strachu, że w ciemności nie zauważę, jak sinieje, o poranku szybko zarejestrowałam się do lekarza, który ją osłuchał i powiedział: dać paracetamol, przystawiać do piersi, jakby siniała wokół ust, albo nie mogła się przebudzić – pędzić do szpitala. Świczenie i charczenie skończyło się następnego dnia, a przez kolejne dwa odkasływała niemożliwe ilości flegmy, ale miała się dobrze.
Przy kolejnych razach już się nawet nie rejestrowałam – nawet do umierania ze strachu można się przyzwyczaić. Przez jeden dzień i jedną noc muszę ją trzymać na rękach, słuchając oddechu Lorda Vadera i obserwując, czy nie sinieje, ale jak przeżyjemy 24 godziny, to będziemy żyć. I ona i ja, bo bo takiej zarwanej nocy ja też zwykle czuję się jak przepuszczona przez wyżymaczkę. Potem tylko wyrywający płuca kaszel (choć naprawdę oskrzela) i jesteśmy w domu.
Po jakiś piętnastu ‚broncholitis’ poszłam z nią do lekarza z pytaniem, czy może tak częste choroby są jakoś powiązane z astmą, ale było już parę dni po najgorszych objawach i w płucach nic nie było. Pani doktor na dodatek stwierdziła, że astmy się tak łatwo nie diagnozuje.
W końcu zaakceptowałam lorda Vadera w mojej małej córeczce i kwestię zostawiłam na przeczekanie – ‚broncholitis’ jest chorobą dziecięcą, więc jest szansa, że przed maturą z niej wyrośnie (jeśli przeżyje). Wystarczy przecież tylko obserwować, czy nie robi się sina.
Kiedy zatem w sobotę znowu zaczęła znajomo pokasływać, dziesięć dni po ostanim ‚bronocholitis’ nie zwróciłam na to za bardzo uwagi. W nocy zaczęły się znajome świsty, charczenie i okropny, suchy, nieustanny kaszel, pół nocy przeleżała na pół-siedząco na mnie, drugie pół lulał ją M. Dziś już jest całkiem dobrze – kaszel zmienił się na mokry i nie staje mi już serce z każdym jej oddechem.
Tylko, że wysmarowała się cała tranem i w ogóle tego nie poczuła. Zrobiliśmy eksperyment – M dał jej do powąchania różę, a Mo z zamkniętymi oczami powiedziała, że to fasolka. Psiknęłam się perfumami i nic. Zupełnie nie ma węchu. A ja trzy dni temu też miałam gorączkę i bolało mnie gardło (choć dziś się czuję tak, że myślę nawet o jutrzejszym biegu).
I co myślicie?
Nie, nie panikuję – bo jeśli tak miałoby wyglądać przechorowanie TEGO wirusa, to mamy szczęście. Prawdziwe pytanie brzmi – czy powinniśmy iść we wtorek do pracy? Czy powinnam ją puszczać do szkoły, w przypadku, gdy się nie dodzwonię do lekarza?
A jeśli jej jutro węch wróci?