Innego końca świata nie będzie

Moja szefowa wczoraj padła na jakiegoś wirusa, pisze, że leży plackiem i nie daje rady wstać, ale już wiadomo, że to nie korona.

Praca nam funduje szczepionkę na grypę i za tydzień, jak co roku, idę się szczepić. Przynajmniej to świństwo mam z głowy. Mi się nie szczepi, bo jest weganem a szczepionka jest na kurzym jajku ;D I prawie co roku cierpi, niestety, jak go grypa dopada – ostatnio miał 40 stopni przez prawie tydzień (wiecie, że mężczyźni gorzej przechodzą infekcje? jest to prawdopodobmie związane z wysokim poziomem testosteronu, który przecież jest sterydem).

W Dublinie nowe restrykcje – teraz praca mi wystawiła specjalny papier, że dojeżdżam do pracy;D Bo zalecane jest pracować z domu. Puby są nadal zamknięte (od marca! właściciele już dawno się załamali), teraz również zamknęli restauracje (jeśli nie ma stolików na zewnątrz), galerie, muzea, teatry, kina i tak dalej. W sumie nie wiem, czy kina w ogóle były otwarte.

Jakoś nie widzę nagłego wyjścia z tej całej historii, szczepionki słabo działają przecież u ludzi starych (nawet się ich nie testuje na seniorach), a tutaj najbardziej zagrożona jest populacja 70+

Chciałabym odwiedzieć rodziców, ale kiedy to będzie możliwe? Oboje mają koło osiemdziesiątki, w sumie też nie ma na co czekać.

Innego końca świata nie będzie.

Wszystko wróciło

na właściwe tory – dziecko w szkole, rodzice w pracy/ na zajęciach.

Wczoraj, po raz pierwszy od pół roku, miałam zajęcia w szkole – i sama się zdziwiłam jak bardzo było to miłe. Wykłady online mają swoje plusy – na przykład jak kończę z wieczorowymi, to wyłączam o 21.30 komputer i jestem w domu – ale na żywo jest zupełnie inny kontakt.

Mimo, że taki:

Pojechaliśmy rowerem. Nie tak źle, dziesięć km w jedną stronę, tylko, że w drugą pod górkę;D I z dzieckiem na krzesełku. Cała wyprawa zajęła nam trzy godziny – pięćdziesiąt minut jechałam w jedną stronę, i prawie dwie godziny wracaliśmy, bo pod górkę;) Mo bardzo zmarzła po drodze, ze mnie lał się pot. Mam nadzieję, że się bardziej nie rozłoży przez to testowanie.

Atmosfera jak z filmów katastroficznych – armia, wszyscy w maskach, niektórzy w odzieży ochronnej na mundurach. Centrum testowania zrobiono przy Dublińskim stadionie, można wjechać samochodem, albo przyjść na piechotę.

20 minut i po wszystkim.

Jutro wynik.

Myślę, że będzie negatywny. Ale może lepiej, żeby był pozytywny, bo jak tak ma wyglądać od teraz każda choroba, to ja dziękuję.

Adek szczęśliwie poszedł na imprezę w piątek po południu i do niedzieli nie wrócił, w poniedziałek zadzwoniłam do niego, żeby na razie nie przychodził do domu. Podrzucił nam tylko zakupy. Mieszka u koleżanki, mam nadzieję, że nie doczekam się wnuków przez tego Covida;D

Jak (nie) działa system

Lekarz nie oddzwonił, widocznie nie jesteśmy poważnym przypadkiem;D

Poza tym ujawnił się katar, czyli zanik węchu ma jakieś wyjaśnienie.

Teraz testowanie raczej nie ma sensu: nawet, jeśli lekarz oddzwoni jutro, a test zrobimy najszybciej w środę, jak będą mieli czas do nas podjechać (przypominam, że nie mamy samochodu, a chyba jechać publicznym transportem na test się nie powinno), wynik najszybciej w piątek.

Mogliśmy dziś prywatnie – tylko 180 euro, jakbyśmy się jakoś dostali do centrum, bo przecież nie mamy samochodu. (Hmm… ale przecież mamy rower!)

A w poniedziałek i tak by poszła do szkoły, bo wg. wytycznych w Irl można przestać się samo-izolować dziesięć dni po wystąpieniu objawów, jeśli przez co najmniej pięć nie ma się gorączki. A ona nawet gorączki nie miała – bo stan podgorączkowy się nie liczy.

Ale jeszcze poczekam i zobaczę, co lekarz powie jutro, jak w ogóle oddzwoni. Może mogłaby już iść w środę do szkoły?

Wygląda na to, że system sobie nie radzi z wirusem, z takimi rozwiazaniami jesteśmy skazani na coraz wyższą liczbę zakażeń (i śmierci), albo na coraz bardziej restrykcyjne zamknięcia kraju /regionu/miasta. Bez wprowadzenia szybkich, tanich testów na masową skalę powrót do normalności się nie uda.

Szybkie testy antygenowe niesłusznie mają złą reputację, ich zła sława wywodzi się z pierwszych wersji, które dawały tylko 50% pewności. Ale procent false negative został bardzo zredukowany, obecnie to tylko 3% (na sto osób chorych, trzy osoby nie zostaną wykryte), a ich niska cena – co przekłada się na dostępność – i szybkość wyniku sprawia, że mogą być dużo bardziej skuteczne.

Wyobraźmy sobie, że już w sobotę zakupiłabym testy dla wszystkich członków rodziny (dlaczego by nie – jakby kosztowały po 5 dolarów sztuka, no, nawet za 10 byłoby mnie stać). Jeśliby wszystkie wyszły negatywne, to mogłabym powtórzyć po dwóch dniach – i znowu, jeśli by wszystkie wyszły negatywne, przy braku objawów prawdopodobieństwo wirusa było by naprawdę znikome – 3/100 z 3/100 to 0.0009. Dziewięć osób, na dziesięc tysięcy zakażonych i testowanych, ma fałszywie ujemny wynik dwa razy. (Dobrze policzyłam?)

Test systemu

No to mam okazję przetestować system. Na razie do przychodni dodzwoniłam się za 25. razem.

Lekarz ma oddzwonić. Czekamy.

Mo czuje się świetnie, został jej tylko mokry kaszel. Coraz mniej mi to wygląda na koronę, ale machina została uruchomiona.

M żałuje, że nie może iść jutro na zajęcia, moja praca wymaga, żebym poszła w środę, dopóki moje dziecko nie ma pozytywnego testu, a ja żadnych objawów, nie jestem traktowana jako zagrożenie.

Zima nas w tym roku wykończy

Jak niedawno pisałam, Mo zaczęła rok szkolny chorobą.

Nic nadzwyczajnego – katar, lekka gorączka, charczenie i świsty przy oddychaniu, jakby się dusiła, a potem kaszel wyrywający płuca, choć tak naprawdę oskrzela. Typowa ‚choroba Mo’, którą przechodziliśmy chyba z dwadzieścia razy, od kiedy Mo skończyła trzy miesiące.

Kiedy po raz pierwszy nie mogła złapać powietrza na leżąco i cały dzień musiałam ją trzymać pionowo, bardzo się przestraszyłam, ale lekarka stwierdziła, że to ‚bronchilitis’ i że małe dzieci często to przechodzą, choć niektóre gorzej niż inne. Dać jej paracetamol, dbać, żeby piła, a jeśliby siniała wokół ust, pędzić do szpitala, bo to znaczy, że zaczyna się dusić. Ale zdarza się to bardzo rzadko.

Kiedy po raz drugi spędziłam z nią całą noc na siedząco, umierając ze strachu, że w ciemności nie zauważę, jak sinieje, o poranku szybko zarejestrowałam się do lekarza, który ją osłuchał i powiedział: dać paracetamol, przystawiać do piersi, jakby siniała wokół ust, albo nie mogła się przebudzić – pędzić do szpitala. Świczenie i charczenie skończyło się następnego dnia, a przez kolejne dwa odkasływała niemożliwe ilości flegmy, ale miała się dobrze.

Przy kolejnych razach już się nawet nie rejestrowałam – nawet do umierania ze strachu można się przyzwyczaić. Przez jeden dzień i jedną noc muszę ją trzymać na rękach, słuchając oddechu Lorda Vadera i obserwując, czy nie sinieje, ale jak przeżyjemy 24 godziny, to będziemy żyć. I ona i ja, bo bo takiej zarwanej nocy ja też zwykle czuję się jak przepuszczona przez wyżymaczkę. Potem tylko wyrywający płuca kaszel (choć naprawdę oskrzela) i jesteśmy w domu.

Po jakiś piętnastu ‚broncholitis’ poszłam z nią do lekarza z pytaniem, czy może tak częste choroby są jakoś powiązane z astmą, ale było już parę dni po najgorszych objawach i w płucach nic nie było. Pani doktor na dodatek stwierdziła, że astmy się tak łatwo nie diagnozuje.

W końcu zaakceptowałam lorda Vadera w mojej małej córeczce i kwestię zostawiłam na przeczekanie – ‚broncholitis’ jest chorobą dziecięcą, więc jest szansa, że przed maturą z niej wyrośnie (jeśli przeżyje). Wystarczy przecież tylko obserwować, czy nie robi się sina.

Kiedy zatem w sobotę znowu zaczęła znajomo pokasływać, dziesięć dni po ostanim ‚bronocholitis’ nie zwróciłam na to za bardzo uwagi. W nocy zaczęły się znajome świsty, charczenie i okropny, suchy, nieustanny kaszel, pół nocy przeleżała na pół-siedząco na mnie, drugie pół lulał ją M. Dziś już jest całkiem dobrze – kaszel zmienił się na mokry i nie staje mi już serce z każdym jej oddechem.

Tylko, że wysmarowała się cała tranem i w ogóle tego nie poczuła. Zrobiliśmy eksperyment – M dał jej do powąchania różę, a Mo z zamkniętymi oczami powiedziała, że to fasolka. Psiknęłam się perfumami i nic. Zupełnie nie ma węchu. A ja trzy dni temu też miałam gorączkę i bolało mnie gardło (choć dziś się czuję tak, że myślę nawet o jutrzejszym biegu).

I co myślicie?

Nie, nie panikuję – bo jeśli tak miałoby wyglądać przechorowanie TEGO wirusa, to mamy szczęście. Prawdziwe pytanie brzmi – czy powinniśmy iść we wtorek do pracy? Czy powinnam ją puszczać do szkoły, w przypadku, gdy się nie dodzwonię do lekarza?

A jeśli jej jutro węch wróci?

Jesień nas w tym roku rozpieszcza

Sekwoja olbrzymia w naszym (prawie) lokalnym parku

i ja też pozwoliłam sobie na odrobinę luksusu: zapisałam Mo do płatnej świetlicy po szkole.

Koszt – koło 400 e na miesiąc (3.5 godz. dziennie). Nie bardzo nas na to stać, ale ze względu na moje dość niskie dochody w tym roku państwo irlandzkie być może dopłaci nam 1/3. A resztę dostaniemy od Adka, w ramach dorzucania się do domowego budżetu.

Świetlica nam powiedziała miesiąc temu, że nie ma szans, że nie ma miejsc, że mają długą listę oczekujących, więc zaczęłam stawać na głowie i żebrać o przesunięcia godzin w szkole, wymyślać, co zrobić jak kończę o 1, a 10 minut później mam odebrać dziecko ze szkoły, panikować i w ogóle się zamartwiać. No i znienacka, w zeszły piątek, zadzwoniła pani, że miejsce się zwolniło, zaraz raniutko w poniedziałek podjechałam i załatwiłam wszystkie formalności, żeby mi tylko nie uciekło. Bo jest to świetlica, do której chodzą dzieci z klasy Mo, tuż przy jej szkole (w Irl nie ma świetlic szkolnych, większość to świetlice przy przedszkolu, które również oferują opiekę dla starszych dzieci), publiczna, czyli w miarę tania. I będzie można ją odbierać do 4.30, czyli dla mnie idealnie.

(Z dziećmi jest jak z tą kozą z przysłowia o rabinie. Tylko zamiast ją sprzedać, to jeszcze płacisz 400 euro miesięcznie, żeby się jej pozbyć na trzy godziny;D

Takiego luskusu czasowego dawno nie miałam. Jeszcze mnie trochę wyrzuty sumienia gryzą, że przecież nie mam tak dużo godzin, że dam radę, że mogę oszczędzić te pieniądze, ale jak sobie przypominam nasz zeszły rok akademicki, stres, kompletny brak czasu na wszystko, wieczne puszczanie dziecku bajek na komputerze, to się na to gryzienie robię odporna. Tym bardziej, że w tym roku M jest jeszcze bardziej zabiegany i będzie znowu pracował ranki i wieczory, oraz calutkie weekendy.

I tak to na spokojnie leżę sobie teraz w łóżeczku, w ramach pracy z domu, i kończę przygotowywać materiały na pierwszy semestr. Znowu mnie boli gardło i czuję się kiepsko (podejrzewam zmasowany atak wirusów ze szkoły Mo), ale możliwość pracy w pozycji horyzontalnej wybitnie pomaga.