i dokończyć „Koniec Wolności”, pan brzmi jak lektor Bolka i Lolka i cały czas mam wrażenie, że opowiada bajki, takim radosnym głosem: ‚Jeżeli byłoby to pięć procent, z siedemdziesięciu w całej populacji, dałoby nam to sumę…”;) Ale posłucham do końca, a już mi się ciekawe wnioski nasuwają.
Przecudna końcówka maja.
Upał. Mo od rana w ogrodzie, w basenie, dostała od sąsiada mini zjeżdżalnię plastikową i zrobiła sobie ‚water slide’. Ja trochę próbuję opalić nogi, ale równocześnie raczej słońca unikam – praży jak w Polsce, aż skóra szczypie, więc kończy się na jakiś dziwnych wygibasach. Nogi gołe, bluzka z długim rękawem, koszulka na głowie, książka w ręce, ani się opalać, ani czytać, ani żaden ze mnie towarzysz zabaw.
Mam wolne. Upajam się wszystkim tym, na co wcześniej nie miałam czasu. Wczoraj pożyczyłam od koleżanki pięć książek, trzy kucharskie, a dwie do czytania. Strasznie nudzi mnie gotowanie, przez cały rok akademicki nasza kuchnia opiera się na dziesięciu spawdzonych przepisach – muszą być szybkie, warzywne, w miarę smaczne (ale nie przesadzajmy) i wegetariańskie, z łatwą opcją wegańską. Pożyczyłam książkę z przepisami z Cornucopii, legendarnej Dublińskiej hipsterskiej restauracji i będę próbować.
Poza tym biegamy. Systematycznie, powoli, bez szaleństw i tak doszliśmy do 8 km wczoraj. Bieganie jest niesamowite, ale nie przekonanych żadne słowa nie zachęcą wystarczająco, bo najpierw trzeba się przebić przez ogromne zmęczenie, wkurzenie i ogólną nudę, by dojść do jakiegoś takiego zachwytu nad światem. Biegamy zawsze wieczorem, kiedy słońce zachodzi i takie łagodne, zmęczone plamy światła rozświetlają prawie-że-bezkresne zielone połacie, konie skubią trawkę, kwiaty pachną, drzewa szumią, a my sobie z M gadamy.
I chodzimy na spacery z Mo. Ona jest dzielnym piechurem, spokojnie przejdzie i przehulajnoży już z 10 km, trochę na koniec marudząc, ale jest podatna na przekupstwo – ciacho na wynos z ulubionej restauracji zawsze działa. Chcę w niej zaszczepić tę przyjemność chodzenia, łażenia, zwiedzania, włóczenia się po lokalnych parkach, pagórkach i meandrach rzecznych. Jako dziecko komuny zostałam wychowana w atmosferze fascynacji turystyką lokalną, bo dalsze wyprawy Syrenką do Warszawy (albo małym Fiatem nad Balaton, ale to nie ja) były jednak męczące. Aktywistka od urodzenia, zapisałam się do dwudziestu klubów, między innymi Szkolnego Klubu Krajoznawczo-Turystycznego, z którym przełaziłam setki kilometrów, włócząc się przez Pogórze Kaczawskie, Góry Sowie, Rudawy Janowiskie i oczywiście Karkonosze.