Ostatnia porcja esejów

już z ledwością się przez nie czołgam. Po tylu pracach oceniam bardziej intuicyjnie, choć cały czas przychodzą wątpliwości, czy kogoś nie skrzywdziłam oceną. Nie pomaga to, że mam dwa systemy oceniania w dwóch różnych szkołach – w jednej bardzo mnie gonią za zbyt dobre oceny, w drugiej większy luz.

Przedwczoraj nie mogłam się już na eseje patrzeć i nie sprawdziłam żadnego, ale za to spędziłam dwie godziny na telekonferencji. Przynajmniej mogę robić na drutach w trakcie:D Trochę to zmniejsza poczucie straty czasu. Poza tym coraz to coś, niby małe, ale upierdliwe i już się tak zapędzili, że wczoraj odkryłam, że jestem moderatorem dwóch przedmiotów (polega to na przeglądaniu próbek pracy i ocenie ocen, jakie wystawił wykładowca), nawet to chciałam zrobić, ale już mnie wściekłość wzięła, bo i tak jestem cały czas do tyłu z robotą i Mi kazał mi napisać maila, że nie jest to w moim zakresie obowiązków. Co też zrobiłam, przyszła odpowiedź – nie ma problemu. Ech, coś jest takiego, że człowiek nie lubi odmawiać, bo chce się wykazać i okazać niezbędny, szczególnie w tym niepewnym okresie – ale czy oznacza to, że można dać sobie wejść na głowę?

Poza tym biegamy, z czego bardzo się cieszę, bo od początku wprowadzenia obostrzeń utyłam dwa kilo. Biegliśmy już ósmy raz już w tym sezonie, a sezon się zawsze dla nas rozpoczyna pod koniec kwietnia. Odkryłam przyjemność z biegania powoli.

Jakoś negocjujemy swoją przestrzeń wspólną, choć nawet Mo chciałaby już trochę wolności. Wyraźnie widzę w jej zachowaniu mały regres, od kiedy jej ten malutki skrawek autonomii w przedszkolu został zabrany i znowu jest z nami 24 godziny na dobę, jak niemowlak. Wikła się z nami w przepychanki o władzę, nie lubi, jak ciągle coś jej każemy, a nawet tylko jak przypominamy, czy też powtarzamy. Czekam na nowy rok szkolny jak na zbawienie:)

Choć ustalenia związane ze szkołami na dzień dzisiejszy są nieco – powiedzmy – niepokojące: dzieciaki mają chodzić do szkoły co drugi dzień, bo klasa będzie dzielona, albo na różne zmiany, ale dokładnie jak to w praktyce będzie wyglądało, nie wiadomo. Małych dzieci nie da się uczyć online, lekcje przez internet dla pięciolatków to – nie łudźmy się – porażka. Dzieci w tym wieku nie mają jeszcze w takim stopniu rozwiniętego myślenia abstrakcyjnego, umiejętności słuchania i wybiórczej uwagi. Teraz mamy spotkania z grupą przedszkolną online trzy razy w tygodniu i Mi nazywa je ‚lekcjami żenady’ – ostatnio Mo przez 15 minut siedziała pod sofą, a trzy nauczycielki wołały ją z komputera;D ‚Moirin, bawisz się w chowanego? Gdzie jesteś?’ W końcu przeprosiłam panie i wyłączyłam. Żadnego innego dziecka nie było. Kiedy są, wcale nie jest lepiej, bo każde zajmuje się pokazywaniem swoich zabawek.

Marzę o wyjeździe nad morze.