O tym, jak byt określa świadomość

Jak wiadomo, jestem lewaczką, bardziej Bourdieunistką, niż Marksistką, ale w sumie dla większości i tak komunistką;) I obecnie mam taką cichą złośliwą hmm.. radość, jak czytam sobie niektóre blogi, posty bądź opinie. Po raz kolejny przekonuję się, że byt określa świadomość, a odwrotnie w dość małym stopniu, niestety.

Jest taki jeden blog, który swego czasu czytałam dość często – autorka bardzo dobrze pisze, mieszka w Dublinie i poradziła sobie świetnie na emigracji, pomimo tego, że wyjechała z kraju dobrze po trzydziestce. Taki pozytywny przekaz, kiedyś mi dość potrzebny – że jak się chce, to się może. Tak sobie czytałam tego bloga i czytałam i co jakiś czas natykałam się na, powiedzmy, bobki neoliberalne – czyli nie tylko, że jak się chce, to się może, a jeszcze że jak się nie może, to chyba się jednak za mało chce. Albo się jest leniwym. Albo głupim. Albo coś w tym stylu. Bez uwględniania kontekstu klasowo-ekonomiczno-kulturowego. A zatem autorka, kiedy już było jej trochę lepiej w tym kraju, dzieliła się co i rusz z czytelnikami swoimi bserwacjami, które można było sprowadzić do stwierdzenia, że niektórzy sami ładują się w kłopoty; Bo na przykład decydują się na dziecko, gdy ciągle jeszcze muszą dzielić z kimś wynajmowane mieszkanie. Bo na przykład nie wyjadą z Polski, kiedy przecie mogą. Bo na przykład chcą pracować w pracy, która ich ciekawi, a nie w takiej, która im się finansowo najbardziej opłaci. Albo pisała o tym, jak wiekszość ludzi skupia się na narzekaniu, zamiast skupić się na rozwiązywaniu problemów – bo jak się chce, to można. I z lubością opisywała takie ‚zżyciawzięte’ przykłady, jak to jeden, załóżmy, pan pracujący na zmywaku, cały czas narzekał na zarobki i chujową pracę, a drugi, na takim samym zmywaku, skupił się na wyszukiwaniu okazji bycia zauważonym, i voila! zauważony został. Szybko dostał awans, podwyżkę i generalnie dobrze mu się powodzi. Czyli został menagerem. Czyli jak się chce, to można. Blog był często gęsto okraszony opisami podróży autorki, dobrymi radami, jak na przykład wybierać hotel, i w ogóle poradnictwem jak można sobie fajnie żyć. Jeśli tylko się chce. Pomiędzy tym przewijały się często dość złośliwe opisy sytuacji, które autorkę denerwowały, przeważnie w kontekście ‚jak to ludzie sobie nie radzą przez swoją własną głupotę i dlaczego inni ludzie mają z tego powodu odczuwać niewygodę’. Pamiętam na przykład opisy wszeszczących dzieci, przepraszam, bachorów w samolocie, z konkluzją, że jak nie potrafisz uciszyć swojego bachora, to powinnaś siedzieć w domu. I tak dalej.

Po jakimś czasie przez takie właśnie tyrady, przestałam bloga czytać. Pomimo dobrego stylu i ciekawych doświadczeń, kompletny brak wyobraźni społecznej zaczął w końcu aż boleć.

No i tak jakoś z ciekawości, a może jeszcze czegoś innego, jak na przykłąd jakiegoś złośliwego impulsu, bo autorka – tak się składa – pracuje w branży najbardziej chyba dotkniętej obecnym kryzysem, zajrzałam do niej niedawno.

I nagle się okazało, że jednak byt określa świadomość. Że jednak nie jest tak, że ‚chcieć to móc’, bo czasem jesteśmy w czarnej dupie przez skomplikowany układ okoliczności społeczno-ekonomicznych. I oto autorka, która zawsze miała jakieś dobre rady dla nieszczęśników, typu ‚wyprowadź się od toksycznego partnera i bądź niezależna’, ‚znajdź sobie niszę i zacznij zarabiać’ itd. narzeka na rząd i obecne rozporządzenia.

I tak chciałabym złośliwie doradzić autorce, że może czas przestać narzekać na ‚lockdown’ i ‚government’, tylko znaleźć sobie jakąś niszę – przecież są branże, które mają obecnie prawdziwe żniwa. O, można zająć się domowym browarnictwem, na przykład – słyszałam w radio, że branża nie może nadążyć z zamówieniami.

A że ciężko i ma się kredyt? Hmm, może trzeba było myśleć, zanim się kredyt wzięło – a nie pracować w tak niepewnym sektorze. Niektórzy ludzie to się sami pakują w kłopoty, prawda?