Nie mogę się przemóc

i dokończyć „Koniec Wolności”, pan brzmi jak lektor Bolka i Lolka i cały czas mam wrażenie, że opowiada bajki, takim radosnym głosem: ‚Jeżeli byłoby to pięć procent, z siedemdziesięciu w całej populacji, dałoby nam to sumę…”;) Ale posłucham do końca, a już mi się ciekawe wnioski nasuwają.

Przecudna końcówka maja.

Upał. Mo od rana w ogrodzie, w basenie, dostała od sąsiada mini zjeżdżalnię plastikową i zrobiła sobie ‚water slide’. Ja trochę próbuję opalić nogi, ale równocześnie raczej słońca unikam – praży jak w Polsce, aż skóra szczypie, więc kończy się na jakiś dziwnych wygibasach. Nogi gołe, bluzka z długim rękawem, koszulka na głowie, książka w ręce, ani się opalać, ani czytać, ani żaden ze mnie towarzysz zabaw.

Mam wolne. Upajam się wszystkim tym, na co wcześniej nie miałam czasu. Wczoraj pożyczyłam od koleżanki pięć książek, trzy kucharskie, a dwie do czytania. Strasznie nudzi mnie gotowanie, przez cały rok akademicki nasza kuchnia opiera się na dziesięciu spawdzonych przepisach – muszą być szybkie, warzywne, w miarę smaczne (ale nie przesadzajmy) i wegetariańskie, z łatwą opcją wegańską. Pożyczyłam książkę z przepisami z Cornucopii, legendarnej Dublińskiej hipsterskiej restauracji i będę próbować.

Poza tym biegamy. Systematycznie, powoli, bez szaleństw i tak doszliśmy do 8 km wczoraj. Bieganie jest niesamowite, ale nie przekonanych żadne słowa nie zachęcą wystarczająco, bo najpierw trzeba się przebić przez ogromne zmęczenie, wkurzenie i ogólną nudę, by dojść do jakiegoś takiego zachwytu nad światem. Biegamy zawsze wieczorem, kiedy słońce zachodzi i takie łagodne, zmęczone plamy światła rozświetlają prawie-że-bezkresne zielone połacie, konie skubią trawkę, kwiaty pachną, drzewa szumią, a my sobie z M gadamy.

I chodzimy na spacery z Mo. Ona jest dzielnym piechurem, spokojnie przejdzie i przehulajnoży już z 10 km, trochę na koniec marudząc, ale jest podatna na przekupstwo – ciacho na wynos z ulubionej restauracji zawsze działa. Chcę w niej zaszczepić tę przyjemność chodzenia, łażenia, zwiedzania, włóczenia się po lokalnych parkach, pagórkach i meandrach rzecznych. Jako dziecko komuny zostałam wychowana w atmosferze fascynacji turystyką lokalną, bo dalsze wyprawy Syrenką do Warszawy (albo małym Fiatem nad Balaton, ale to nie ja) były jednak męczące. Aktywistka od urodzenia, zapisałam się do dwudziestu klubów, między innymi Szkolnego Klubu Krajoznawczo-Turystycznego, z którym przełaziłam setki kilometrów, włócząc się przez Pogórze Kaczawskie, Góry Sowie, Rudawy Janowiskie i oczywiście Karkonosze.

Czemu z tej pustki ciągle drwisz,

jeśli ta pustka nie drwi z ciebie’.

Zabawmy sie w zgadywanki. Co widzicie na poniższych obrazkach?

The Thinking Behind The Famous Rorschach Inkblots Test

Jest jakieś takie głęboko zakorzenione poczucie w człowieku, że rzeczy muszą być po coś albo dlaczegoś. Chyba najtrudniej jest nam, ludziom zaakceptować przypadek czy splot okoliczności. Całkiem, jakby kosmiczny przypadek w jakikolwiek sposób podważał sens podziału na dobro i zło, sens ludzkiego świata. Ale przecież jest to proste – jest świat człowieczy, świat wartości. I rzeczywistość zewnętrzna, że się tak wyrażę, która nie ma sensu i celu. Po prostu jest. Rzeczy nie zdarzają się ‚po coś’, rzeczy się po prostu zdarzają. Nie chorujemy, „po to”, żebyśmy mogli coś zrozumieć – na przykład co jest dla nas ważne, choć oczywiście możemy wyciągnąć wnioski z różnych wydarzeń – przekonać się, co jest najistotniejsze dla nas. Możemy również zaobserwoać ciągi przyczynowo-skutkowe, po to, by ewentualnie zapobiec im w przyszłości, ale nigdy nie będziemy mieli całkowitej kontroli nad światem zewnętrznym.

Choć jesteśmy częścią świata i nasze działanie mają bezpośredni wpływ na to, jak się ma nasz ludzki byt, rzeczy nie przydarzają się nam, by nas ukarać, zatem również nie często przydarzają sie ‚dlaczegoś’. Łączenie trudnych doświadczeń z ‚karą’ jest bezpośrednim przeniesieniem skojarzeń z dzieciństwa – wylałam mleko i mama na mnie nakrzyczała, byłam zła i spotkała mnie kara. Ale świat (niestety?) tak nie działa, chorujemy i umieramy nie dlatego, że byliśmy ‚niegrzeczni’. Choć nadużywanie alkoholu jest bardzo częstą przyczyną raka, nie każdy chory nadużywał alkoholu.

Taki to dziwny świat – ludzki i nieludzki zarazem, i musimy w nim jakoś odnaleźć. A to jest chyba najtrudniejsze.

Głęboko zakorzenione specyficzne pragnienie sensu powoduje, że za różne przypadkowe rzeczy ktoś musi być odpowiedzialny. No bo jakżeby inaczej? Przypadek? Nie sądzę;) Cechę tę najłatwiej zauważyć w czasach wyjątkowych, jak na przykład pandemii. Albo wymyślonej pandemi;) w każdym razie sytuacji nadzwyczajnej.

Doszukiwanie się sensu jest również związane z nietolerancją niewiedzy. Nawet, jak nie wiemy, to wiemy przecież, bo musimy wiedzieć. Budujemy sobie świat ze skrawków dostępnych informacji, nie mogąc dopuścić do świadomości, że w naszym obrazie są dziury, bo niepewność rodzi strach. ‚Wiem, że nic nie wiem’ nie bez kozery jest kojarzone z samoświadomością i odwagą. Bo im bardziej nie wiemy, tym bardziej jesteśmy przekonani, że coś wiemy – to tak zwany efekt Krugera-Dunninga:

Anthony Ricciardi on Twitter: "The more I listen to contrarians ...

I obecnie szalejące teorie spiskowe to właśnie dla mnie konstekwencja doszukiwania się sensu we wzorach Rorschacha, oraz, oczywiście efekt Krugera-Dunninga. Nagle wszyscy jesteśmy epidemiologami, psychologami społecznymi i ekonomistami i po prostu wiemy, jakie restrykcje powinny bądź nie powinny być wprowadzone, na jak długo i jak to by się odbiło na zachorowalności. I gospodarce. Wiemy, że to wszystko ściema, że wirus nie jest/nigdy nie był taki groźny i gdyby tylko wszyscy przestali panikować, to moglibyśmy dalej sobie żyć, być może chorując sobie niezauważenie na ‚grypę’, zdrowiejąc szybko i bez komplikacji. I wszyscy mogli by życ długo i szczęśliwie w krainie mlekiem i miodem płynącej:)

Przesłuchałam połowę filmiku polecanego przez Iksię, mój komentarz w następnym odcinku;)

Dziś pierwszy dzień

lżejszych restrykcji. Zostały otwarte sklepy z narzędziami i ogrodnicze. Oficjalnie można się spotykać w niespokrewnionych grupach czteroosobowych. Spacery do 5 km.

Wczoraj tylko 64 nowych chorych, 10 zmarło. Wyraźnie idzie w dobrym kierunku.

Kilometrowe kolejki do centrów ogrodniczych:

Irish shoppers queue from early morning as thousands of businesses ...

Też chciałam pojechać po kwiatki, ale dobrze, że się akurat nie wybrałam.

Rząd stoi przed trudnym zadaniem – otworzyć ekonomię, ale tak, żeby jednak ograniczyć zarażenia. Wiadomo, że trzeba wracać do normalności, ale istotne jest tu ‚ostrożnie’. Zachorowania dzieci na wieloukładowy zespół zapalny, prawdopodobnie powiązany z wirusem, pokazują, że jeszcze wiele o tej chorobie nie wiemy.

Nie podzielam powszechnej krytyki rządów, że restrykcje niepotrzebne, że za surowe, że za długo. Kluczem w tym wszystkim był właśnie brak wiedzy – jest to nowy wirus, o którym naprawdę dużo nie wiedzieliśmy w lutym i marcu. Jak się okazało, wirus jest 10 razy bardziej śmiertelny od grypy, choć chyba mniej zaraźliwy. Nie wiadomo jeszcze jakie są długoterminowe skutki przechorowania – wiele badań pokazuje zwłóknienie płuc, choroby układu krwionośnego, nerek itd. To nie jest tak, że ktoś zachoruje, wyzdrowieje i już. A przynajmniej nie we wszystkich przypadkach.

Jak już u Milagros pisałam – każde działania prewencyjne opierają się na szacunku ryzyka, ale trudno szacować ryzyko na podstawie prawie nieistniejących danych – to sytuacja z lutego/marca br. Ryzyko czegoś, z czym się nigdy wcześniej nie zetknęliśmy. Jeśli stawka jest bardzo wysoka, a ryzyko nieznane, rozsądnie jest zrobić wszystko, żeby to ryzyko zminimalizować. Tutaj ryzykujemy życiem wielu ludzi, dlatego, dopóki mało wiemy, warto być ostrożnym. Mnie rząd polski i irlandzki przekonał swoim podejściem, i jak widać lekkomyślność WIelkiej Brytanii dużo gorzej się zakończyła. Powszechnie podawany przykła Szwecji też mnie nie przekonuje – jest tam 3 razy więcej ofiar śmiertelnych na milion mieszkańców niż w sąsiedniej Danii. I dużo więcej niż w Norwegii. NIestety, w Irlandii też te wskaźniki są dość wysokie – bo zarażanie zależy też od kultury danego kraju, a jak wiadomo Irlandczycy lubią bliskość, puby i dobrą zabawę, przeciwnie do Szwedów. Co by dopiero było, gdyby restrykcji w Irl nie wprowadzić!

Oczywiście nasza odpowiedź powinna później odpowiednio modyfikowana w miarę, jak wiemy coraz więcej. I teraz właśnie jest ten czas.

Ciekawa jesetem jakie zmiany społeczne i ekonomiczne przyniesie obecna sytuacja. Myślę, że oprócz negatywnych konsekwencji – kryzysu, bezrobocia – będzie również parę pozytywów. I tak jak skutkiem II Wojny Światowej w wielu krajach było wprowadzenie państwa opiekuńczego, systemu emerytur, powszechnej ochrony zdrowia, również obecnie będzie parę dobrych zmian (bez skojarzeń;).

Po pierwsze, więcej ludzi będzie pracowało zdalnie. Co oznacza mniej dojazdów do pracy i mniej zanieczyszczone powietrze:)

W Dublinie spadną ceny mieszkań i domów, zarówno kupna, jak i wynajmu. Bardzo, bardzo pożądana zmiana.

Być może zmieni się również podejście do systemów opieki zdrowotnej – szczególnie w USA jest szansa, że zostanie zauważone, że katastrofa zdrowotna jest dużo trudniejsza do opanowania, jeśli znaczny procent ludności nie ma dostępu do opieki zdrowotnej. W Irl być może przyśpieszy to długo wyczekiwaną reformę dwutorowego systemu i integrację prywanych i państwowych usług, choć już słyszałam opinię, że przez wirusa na Slaintecare nie ma kasy.

Turystyka masowa, globalna, degradująca planetę znacznie się zmniejszy. Sama latam do Pl dwa razy w roku i jest to dla mnie bardzo, bardzo ważne – szczególnie kontakt Mo z kuzynami, kuzynkami i całą rodziną, ale może tak naprawdę powinnam przeboleć, że tak się nie da – jestem tu, to jestem tu i nie dokładać się do tego szaleństwa latania.

Co jeszcze?

Ostatnia porcja esejów

już z ledwością się przez nie czołgam. Po tylu pracach oceniam bardziej intuicyjnie, choć cały czas przychodzą wątpliwości, czy kogoś nie skrzywdziłam oceną. Nie pomaga to, że mam dwa systemy oceniania w dwóch różnych szkołach – w jednej bardzo mnie gonią za zbyt dobre oceny, w drugiej większy luz.

Przedwczoraj nie mogłam się już na eseje patrzeć i nie sprawdziłam żadnego, ale za to spędziłam dwie godziny na telekonferencji. Przynajmniej mogę robić na drutach w trakcie:D Trochę to zmniejsza poczucie straty czasu. Poza tym coraz to coś, niby małe, ale upierdliwe i już się tak zapędzili, że wczoraj odkryłam, że jestem moderatorem dwóch przedmiotów (polega to na przeglądaniu próbek pracy i ocenie ocen, jakie wystawił wykładowca), nawet to chciałam zrobić, ale już mnie wściekłość wzięła, bo i tak jestem cały czas do tyłu z robotą i Mi kazał mi napisać maila, że nie jest to w moim zakresie obowiązków. Co też zrobiłam, przyszła odpowiedź – nie ma problemu. Ech, coś jest takiego, że człowiek nie lubi odmawiać, bo chce się wykazać i okazać niezbędny, szczególnie w tym niepewnym okresie – ale czy oznacza to, że można dać sobie wejść na głowę?

Poza tym biegamy, z czego bardzo się cieszę, bo od początku wprowadzenia obostrzeń utyłam dwa kilo. Biegliśmy już ósmy raz już w tym sezonie, a sezon się zawsze dla nas rozpoczyna pod koniec kwietnia. Odkryłam przyjemność z biegania powoli.

Jakoś negocjujemy swoją przestrzeń wspólną, choć nawet Mo chciałaby już trochę wolności. Wyraźnie widzę w jej zachowaniu mały regres, od kiedy jej ten malutki skrawek autonomii w przedszkolu został zabrany i znowu jest z nami 24 godziny na dobę, jak niemowlak. Wikła się z nami w przepychanki o władzę, nie lubi, jak ciągle coś jej każemy, a nawet tylko jak przypominamy, czy też powtarzamy. Czekam na nowy rok szkolny jak na zbawienie:)

Choć ustalenia związane ze szkołami na dzień dzisiejszy są nieco – powiedzmy – niepokojące: dzieciaki mają chodzić do szkoły co drugi dzień, bo klasa będzie dzielona, albo na różne zmiany, ale dokładnie jak to w praktyce będzie wyglądało, nie wiadomo. Małych dzieci nie da się uczyć online, lekcje przez internet dla pięciolatków to – nie łudźmy się – porażka. Dzieci w tym wieku nie mają jeszcze w takim stopniu rozwiniętego myślenia abstrakcyjnego, umiejętności słuchania i wybiórczej uwagi. Teraz mamy spotkania z grupą przedszkolną online trzy razy w tygodniu i Mi nazywa je ‚lekcjami żenady’ – ostatnio Mo przez 15 minut siedziała pod sofą, a trzy nauczycielki wołały ją z komputera;D ‚Moirin, bawisz się w chowanego? Gdzie jesteś?’ W końcu przeprosiłam panie i wyłączyłam. Żadnego innego dziecka nie było. Kiedy są, wcale nie jest lepiej, bo każde zajmuje się pokazywaniem swoich zabawek.

Marzę o wyjeździe nad morze.

Szacun.

Każdy człowiek najbardziej potrzebuje szacunku.

(Być może po zaspokojeniu podstawowych potrzeb, ale być może wcale nie po, tylko równolegle). Zwróciliście kiedyś uwagę jak często ‚respect’ pojawia się w amerykańskich serialach o gangsterach? Albo filmach akcji? Szacun jest najważniejszy w pierdlu, na ulicy i poza nią. W pracy. W szkole. Wśród przyjaciół. Ludzie często nie zabijają dla pieniędzy, zabijają dlatego tego, że ktoś ich znieważy, poniży, ośmieszy, upokorzy.

Szacun zależy od pozycji społecznej. A ona przeważnie od wielu różnych czynników, które raczej nie są naszą zasługą. Nawet te rzeczy, które wydają się nam naszymi osiągnięciami, bardzo często są tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Że się urodziliśmy w tej rodzinie, a nie innej. Że mama piła, albo właśnie nie piła. Że czytała nam na dobranoc, albo właśnie nie czytała. Że nasi rodzice mówili z takim a nie innym akcentem, wiedzieli, nawet właśnie nie wierzyli, ale po prostu WIEDZIELI, że pójdziemy na studia i nauczyli nas wcześnie, że możemy sobie brać ze świata, co tylko chcemy. Albo właśnie, że świat jest zły, ludziom nie należy ufać i każdy chce nas oszukać. Że nikt wokoło nie miał wyższych studiów, więc nam nawet to nie przyszło do głowy. Nasze talenty, nasza pracowitość i inteligencja – jak myślicie, są naszą zasługą? Nasz dobry gust w urządzaniu wnętrz. Nasz zły gust w urządzaniu wnętrz. I tak dalej. To wszystko, wszystko, naprawdę wszystko, no prawie wszystko;) nie jest naszą zasługą. Myślicie, że się tego można nauczyć? Mówię ‚tą książkę’ i od dwudziestu dwóch lat mąż mnie poprawia;) (Niemniej jednak, być może, jest jakiś mały margines swobody – tylko margines ten jest dla niektórych szeroki na prawie całą kartkę, a dla niektórych to 0.03 milimetra na samym jej skraju.)

Rozkład szacunku jest różny w różnych społeczeństwach. W niektórych ludzie na górze mają potwornie dużo, a ludzie na dole nic. Pomimo pustych deklaracji, że ‚wszyscy są tak samo ważni’ i piekarz, i śmieciarz i hydraulik i doktor, żadne dziecko nie chce być śmieciarzem, mało chce być piekarzami i hydraulikami. Jak już jesteś piekarzem, to chociaż na własny rachunek. Jak pracujesz w fabryce, to jest znak, że coś z tobą nie tak. Jak sprzątasz, pracujesz na kasie w markecie, jesteś ochroniarzem na parkingu. Jesteś kelnerem, czyli właściwie nikim. Nie stać cię na mieszkanie, nie dadzą ci kredytu – zmień pracę i weź kredyt. Jeśli nie możesz, jeśli naprawdę lubisz swoją pracę, jeśli okoliczności są takie a nie inne – jesteś po prostu nieudacznikiem i szacunek ci się nie należy. W innych społeczeństwach jest trochę lepiej – na górze też ma się bardzo dużo, ale na samym dole też można mieć troszeczkę.

Pomimo, powtarzam, pomimo tego, że jako jednostki często się z tym nie zgadzamy, to jako społeczeństwo odmawiamy osobie na samym dole drabiny społecznej szacunku. I to tym bardziej, w im bardziej nierównym społeczeństwie żyjemy. Jeśli myślicie, że tak nie jest – to wyobraźcie sobie, że od jutra jesteście kelnerkami. Robotnicami w fabryce. Że wasze dziecko będzie kelnerem. Że będzie śmieciarzem, będzie pracowało w kasie na markecie. Wyobraźcie to sobie we wszystkich szczegółach i uśmiechnijcie się do tej myśli.

W równiejszym społeczeństwie rozkład zarobków, a przeto szacunku jest równiejszy. Ale szacunek jest nie tylko związany z pieniędzmi oczywiście, choć pieniądze często go odzwierciedlają. W Irlandii bezrobotni dostają od 800 euro miesięcznie, ale nadal są pogardzani, równie mocno jak bezrobotni w Polsce.

No i właśnie ten szacunek jest loterią, bo jest zależny od twojej pozycji społecznej. Urodziłeś się w rodzinie popegieerowskich robotników rolnych? Powodzenia. To, że możesz iść na studia nawet nie zaistnieje w twojej głowie. Wszędzie, od najmłodszych lat będziesz widział ludzi, którzy czują się od ciebie lepsi. Którzy ciebie właśnie nie ‚respect’, nie to, że otwarcie pogardzają – ale uważają ciebie , ze kogoś mniejeszego, mniej istotnego, mniej ważnego.

W niektórych społeczeństwach jest gorzej pod tym względem, w innych trochę lepiej. W USA jak się urodziłeś w biednej rodzinie afroamerykanów to naprawdę jedyny sposób w jakim możesz się dorobić, to handel narkotykami. Ludzie pracujący na kasie w Wal-Marcie dostają tak mało pieniędzy, że państwo im daje bony na jedzenie. W UK jeśli masz tzw. received pronunciation, zwaną również Queen’s English, to łatwiej dostaniesz pracę, a w pracy szybciej awasujesz. Moja koleżanka posyła dziecko do prywatnej szkoły w Londynie tylko i wyłącznie dlatego, żeby miało odpowiedni akcent. W Irlandii jest trochę lepiej, ale nadal dziecko urodzone w klasie średniej ma dziewięć razy większe szanse na pracę klasy średniej. DZIEWIĘĆ RAZY (służę badaniami). Nawet, jeśli jest dość leniwe i przeciętnie inteligentne. Nadal uważacie, że to jego zasługa, że dostało się na studia? Wybitnie inteligentne dziecko urodzone w niższej klasie ma pod górkę, i raczej nie chodzi tu o pieniądze, tylko o kulturę: system wartości, norm, wyobrażeń. Jeśli NIKT z twojego otoczenia nie skończył szkoły średniej, myślisz, że tobie wpadnie taki pomysł do głowy? Skąd? Z powietrza? W jednej szkole w biednej dzielnicy Dublina (Ballymun) NIKT Z RODZICÓW NIE BYŁ NIGDY W BIBLIOTECE. Nigdy. W dzielnicy tej 69% rodziców nigdy nie było w bibliotece. To się nazywa brak kapitału kulturowego, który się dziedziczy, zupełnie tak samo, jak kapitał ekonomiczny. W innej szkole tylko 1.4% rodziców miało wykształcenie wyższe. W niektórych dzielnicach Dublina 98% dzieci idzie na studia (Rathmines). W dzielnicy, w której mieszkam jest to 15%. Myślicie, że moje dzieci pójdą na studia? Oczywiście. Jedno je właśnie w tym roku skończyło. Dlaczego? Dlatego, że ja mam ten kapitał kulturowy i przekazałam go moim dzieciom. A inne dzieci, te, które codziennie spotykam na ulicy, nie dostają go od rodziców, bo rodzice – być może – NIGDY nie byli w bibliotece.

Szacun jest podstawową ludzką potrzebą, ważniejszą od czegokolwiek innego w społeczeństwach dobrobytu. Szacun zależy od loterii urodzenia. Dlatego jestem lewaczką.

Szacun powinien zależeć od wysiłku, ale wiemy, że tak nie jest. Nawet psychologia już odkryła, że dzieci powinno się nagradzać za ‚wysiłek’, a nie za rezultat. Ale dla nas, dla społeczeństwa, ciągle liczy się resultat – wynik matur, prestiż uczelni, wysokość zarobków. A ‚social justice’ jest nieustająco szkalowana i wyśmiewana.

Jak świat powinien być w takim razie urządzony? Ciekawym pomysłem jest ‚zasłona niewiedzy‚, idea rozwijana przez Rawlsa, i wielu filozofów przed nim (Hobbes, Locke, Rousseau etc.). Wyobraź sobie, że masz się narodzić na świecie, ale nie wiesz, kim będziesz. Nie znasz swojej płci, narodowości, pochodzenia etnicznego, sytuacji społecznej, wrodzonej inteligencji, zdrowia, niepełnosprawności etc. Masz równe szanse być każdym z siedmiu miliardów istnień ludzkich.

I jeślibyś wiedział, że to, co otrzymasz w momencie urodzenia jest zupełnie, ale to zupełnie losowym zestawem zmiennych, urządziłbyś ten świat inaczej? Jeślibyś wiedziała, że możesz się urodzić w rodzinie Travellersów z dziewięciorgiem dzieci, byłabyś przeciwko polityce wyrównywania szans? Przeciwko zasiłkom? Jeślibyś wiedział, że równie dobrze możesz się urodzić jako dziecko niepełnosprawne, byłbyś za dodatkowym wsparciem dla tych dzieci? I tak dalej.

Jakbyś ten świat urządził?

W Irlandii upał.

Chłonę ten czas, bo przeżyłam już tutaj lato z dwoma dniami słonecznymi. Siedzę na ogrodzie, choć trudno się pracuje bo laptop za bardzo się nagrzewa. W zimie podcięliśmy trochę nasze ogrodowe drzewo i teraz mamy słońce przez cały dzień, choć drzewo niespecjalnie wygląda. Żałuję, że zleciliśmy tę robotę znajomemu, chcieliśmy oszczędzić 200 euro i mamy okaleczone drzewo, jednak trzeba ufać fachowcom. Mam nauczkę na przyszłość.

Ale słońce jest. Trawnik, który sieję bez przerwy od dwóch lat, a który nie chciał rosnąć w kompletnym cieniu, wygląda trochę lepiej. Kwiaty mają raj, skimmia japońska trochę mniej – wyraźnie jest jej za gorąco.

Ostatnie tygodnie wzmogły u mnie tęsknotę za własną przestrzenią, nie dzieloną z jednym albo drugim dzieckiem. Jedno dziecko wstaje o 8, a drugie o 15, kiedy jedno kładzie się spać, drugie zaczyna życie towarzyskie przez internet. W nocnej ciszy odgłosy śmiechu niosą sie po całym domu, ale co zrobisz – zabronisz dorosłemu człowiekowi kontaktów z rówieśnikami? A więc marzę o adaptacji strychu, gdzie się wyniesiemy razem z Mi – to będzie tylko nasza przestrezń. Zamierzam wywiesić tabliczkę ‚Dzieciom wstęp wzbronony’ (nawet dorosłym).

Ale po raz kolejny jestem wdzięczna za tę przestrzeń, którą mam, za ten dom i maleńki ogródek. Za to, że jeszcze pracuję. Za to, że daliśmy radę odłożyć na czesne za rok studiów. Za to, że rzutem na taśmę zaliczył praktyki – gdyby brakło mu dosłownie dnia-dwóch, cały pierwszy rok miałby nie zaliczony. A mogło by się tak stać, bo jak tylko wprowadzono lockdown, wszystkie praktyki zostały odwołane, ale to wcale nie był żaden argument dla instytucji certyfikującej, która wymaga, żeby 350 godzin odpracowane było w jednym kawałku. Mi bardzo żałował tak nagłego końca praktyk, trafił na fantastyczną mentorkę z dwudziestoletnim doświadczeniem i pokładami rozważnej mądrości. Rozśmieszyła mnie jej opinia, kiedy w raporcie z praktyk napisała, że Mi ‚ma trudności z okazywaniem słabości’, ale ‚uczy się, że okazywanie słabości może być siłą’. I to jest cała prawda o nim.

Wdzięczna jestem więc też za to, że wciąż wygląda na to, że te studia to dobra inwestycja. Pomimo plotek, że zamierzają obciąć 30% wynagrodzenia pracownikom państwowym, wydaje się, że jego umiejętności jednak będą w cenie.

Posiadacze psów są szczęśliwsi od posiadaczy kotów,

z badań wynika. Nie wiem czemu, ale badzo mnie to dziś rozbawiło, jakieś pomysły jak to interpretować?

Ciągle lato. Dwadzieścia stopni, Mo, irlandzka dziewczynka, wychodzi do ogrodu i wraca cała czerwona i spocona. Kwitną petunie, niestety, to już koniec tulipanów i bzu. Wczoraj pojawiły się klony japońskie w Aldiku, wysłałam M z samego rana, kiedy wychodził o ze sklepu po 10 już wszystkie drzewka były sprzedane. Centra ogrodnicze zamknięte, a rośliny ogrodowe to hobby każdego Irlandczyka, jak wiadomo. U nas na poczcie można kupić sadzonki petunii i aksamitek, idą jak świeże bułeczki:)

Ryanair odwołał nasz lot do Pl i tak dylemat jechać-nie jechać mi się rozwiązał. Żałuję najbardziej Mo i tych cudnych wakacyjnych miesięcy, kiedy biega z kuzynami do późnego wieczora, żałuję ciepłego Polskiego morza i tego balsamicznego, upajającego zapachu sosnowych lasów.

Dostaliśmy maila ze szkoły, że niedługo nam przyślą tzw. welcome pack, czyli pakiety powitalny. Normalnie dzieciaki w czerwcu odwiedziłyby nową szkołę i poznałyby się, a tak zostają nam papiery i spotkania online.

Ja jeszcze urobiona po pachy, jestem drugim egzaminatorem dziewięciu prac dyplomowych, jeszcze ostatnie eseje z uniwerku i egzaminy online po 18 maja. Długo się ta końcówka ciągnie.

W Irl matury odwołane, uczniowie dostaną oceny na podstawie ocen rocznych. Trochę to uprości cały galimatias, bo przecież matury trzeba by było sprawdzić i ocenić i dopiero na ich podstawie przyjmować na studia. A tak szybciej będzie wiadomo co i jak. U nas w szkole już poinformowali, że prawdopodobnie rok akademicki zacznie się dopiero w październiku, a może i w listopadzie. I w dodatku już chyba wiadomo, że większość zajęć będziemy prowadzili online.

Z niecierpliwością czekam na koniec, kiedy będę mogła wreszcie przeczytać książkę. Minusem mojej pracy jest to, że muszę tam tak dużo czytać , że już nie starcza mi czasu na czytanie dla przyjemności. Albo z ciekawości.

Pogoda w Irlandii zwariowała,

od tygodnia słońce, słońce, słońce. Korzystamy ile wlezie, siedząc w ogrodzie na kocyku, jedząc na dworze obiady i popijając kawkę, choć ile wlezie to dla mnie znaczy dwie, może trzy godziny. Bo rano pracuję i po południu pracuję, właściwie późnym popołudniem, bo rano to tak od 10 albo 11 – jak wiadomo człowiek, który do pracy nie chodzi to coraz później wstaje i coraz później kładzie się spać. Nawet Mo wstaje po 9, w sumie nic dziwnego, jak kładziemy ją po 22. Ale jak wiadomo czas jest względny, więc po co się przejmować zegarkiem. Ciekawe, czy są osoby, które bez zegarka wstają coraz wcześniej, nawet trudno mi sobie to wyobrazić.

A zatem siedzimy sobie w ogródku:

Albo chodzimy na spacery:

Chyba takim latem też można się cieszyć.

O tym, jak byt określa świadomość

Jak wiadomo, jestem lewaczką, bardziej Bourdieunistką, niż Marksistką, ale w sumie dla większości i tak komunistką;) I obecnie mam taką cichą złośliwą hmm.. radość, jak czytam sobie niektóre blogi, posty bądź opinie. Po raz kolejny przekonuję się, że byt określa świadomość, a odwrotnie w dość małym stopniu, niestety.

Jest taki jeden blog, który swego czasu czytałam dość często – autorka bardzo dobrze pisze, mieszka w Dublinie i poradziła sobie świetnie na emigracji, pomimo tego, że wyjechała z kraju dobrze po trzydziestce. Taki pozytywny przekaz, kiedyś mi dość potrzebny – że jak się chce, to się może. Tak sobie czytałam tego bloga i czytałam i co jakiś czas natykałam się na, powiedzmy, bobki neoliberalne – czyli nie tylko, że jak się chce, to się może, a jeszcze że jak się nie może, to chyba się jednak za mało chce. Albo się jest leniwym. Albo głupim. Albo coś w tym stylu. Bez uwględniania kontekstu klasowo-ekonomiczno-kulturowego. A zatem autorka, kiedy już było jej trochę lepiej w tym kraju, dzieliła się co i rusz z czytelnikami swoimi bserwacjami, które można było sprowadzić do stwierdzenia, że niektórzy sami ładują się w kłopoty; Bo na przykład decydują się na dziecko, gdy ciągle jeszcze muszą dzielić z kimś wynajmowane mieszkanie. Bo na przykład nie wyjadą z Polski, kiedy przecie mogą. Bo na przykład chcą pracować w pracy, która ich ciekawi, a nie w takiej, która im się finansowo najbardziej opłaci. Albo pisała o tym, jak wiekszość ludzi skupia się na narzekaniu, zamiast skupić się na rozwiązywaniu problemów – bo jak się chce, to można. I z lubością opisywała takie ‚zżyciawzięte’ przykłady, jak to jeden, załóżmy, pan pracujący na zmywaku, cały czas narzekał na zarobki i chujową pracę, a drugi, na takim samym zmywaku, skupił się na wyszukiwaniu okazji bycia zauważonym, i voila! zauważony został. Szybko dostał awans, podwyżkę i generalnie dobrze mu się powodzi. Czyli został menagerem. Czyli jak się chce, to można. Blog był często gęsto okraszony opisami podróży autorki, dobrymi radami, jak na przykład wybierać hotel, i w ogóle poradnictwem jak można sobie fajnie żyć. Jeśli tylko się chce. Pomiędzy tym przewijały się często dość złośliwe opisy sytuacji, które autorkę denerwowały, przeważnie w kontekście ‚jak to ludzie sobie nie radzą przez swoją własną głupotę i dlaczego inni ludzie mają z tego powodu odczuwać niewygodę’. Pamiętam na przykład opisy wszeszczących dzieci, przepraszam, bachorów w samolocie, z konkluzją, że jak nie potrafisz uciszyć swojego bachora, to powinnaś siedzieć w domu. I tak dalej.

Po jakimś czasie przez takie właśnie tyrady, przestałam bloga czytać. Pomimo dobrego stylu i ciekawych doświadczeń, kompletny brak wyobraźni społecznej zaczął w końcu aż boleć.

No i tak jakoś z ciekawości, a może jeszcze czegoś innego, jak na przykłąd jakiegoś złośliwego impulsu, bo autorka – tak się składa – pracuje w branży najbardziej chyba dotkniętej obecnym kryzysem, zajrzałam do niej niedawno.

I nagle się okazało, że jednak byt określa świadomość. Że jednak nie jest tak, że ‚chcieć to móc’, bo czasem jesteśmy w czarnej dupie przez skomplikowany układ okoliczności społeczno-ekonomicznych. I oto autorka, która zawsze miała jakieś dobre rady dla nieszczęśników, typu ‚wyprowadź się od toksycznego partnera i bądź niezależna’, ‚znajdź sobie niszę i zacznij zarabiać’ itd. narzeka na rząd i obecne rozporządzenia.

I tak chciałabym złośliwie doradzić autorce, że może czas przestać narzekać na ‚lockdown’ i ‚government’, tylko znaleźć sobie jakąś niszę – przecież są branże, które mają obecnie prawdziwe żniwa. O, można zająć się domowym browarnictwem, na przykład – słyszałam w radio, że branża nie może nadążyć z zamówieniami.

A że ciężko i ma się kredyt? Hmm, może trzeba było myśleć, zanim się kredyt wzięło – a nie pracować w tak niepewnym sektorze. Niektórzy ludzie to się sami pakują w kłopoty, prawda?

Żegnam się z wakacjami

w Polsce. Bo chyba się nie da/nie ma sensu – dwa tygodnie kwarantanny w Pl, po przyjeździe siedząc u brata, sporadyczne spotykanie się z rodzicami, kiedy przyjadą do brata na ogródek, siedzenie bratu i bratowej na głowie przez miesiąc (?), w czasie, kiedy niedługo będzie im się dziecko rodziło, bo przecież nie będziemy mieszkać na 7 piętrze w bloku u rodziców z Mo, która nie mogłaby za bardzo wychodzić z domu, i jeszcze ta kwarantanna, no zatem siedzenie bratu na głowie, brak pewności, czy w ogóle pojedziemy nad morze np w sierpniu, a po przyjeździe do Irl znowu dwa tygodnie kwarantanny. Czyli dwa miesiące wakacji z czego miesiąc w kwarantannie. Nie ma to sensu, nie?

Nie mówiąc już o tym, że przecież jeszcze samoloty nie latają.