Pogoda taka sobie,

do dużego parku dalej nie można pojechać (nie można się oddalać dalej niż 2 km od miejsca zamieszkania), u nas też zaczynają przebąkiwać o maseczkach. No cóż, jak trzeba będzie, to mus i tyle, choć już przeczuwam jak bardzo upierdliwe jest to w noszeniu, szczególnie, jak się jest okularnikiem.

Ja dalej siedzę w robocie i NAPRAWDĘ MAM JUŻ DOŚĆ, ale nie mam się komu poskarżyć, bo Mi ma jeszcze gorzej. I przez to mamy razem gorzej, bo on wyjęty z harmonogramu codziennie od 10 do 17. Bo ma zajęcia, noż kurcze blade, jaja sobie tam robią na tym uniwerku. Jesteśmy załatwieni na amen tymi studiami, pracami, opieką nad dzieckiem i te historie, że ktoś się nudzi i nie ma pomysłów co z czasem zrobić, ogląda jakieś stare seriale i w ogóle to zaczął czytać książki, to jakby z jakiegoś innego kosmosu docierały do mnie. No, ale z drugiej strony lepiej być zarobionym, niż niedorobionym i martwić się pracą, nie?

Jak widać nastrój dziś średni, bo robota, robota, robota, Mo też zaczyna mieć dość siedzenia w domu tylko z nami, na ogrodzie nie można sie zrelaksować, bo za zimno. No nic, wygląda na to, że trzeba sie zapieprzać dalej, coby jak najszybciej skończyć. Wczoraj sprawdzałam chyba najgorsze prace w moim krótkim życiu wykładowcy, z chęcią oblałabym połowę roku, mózg do dzisiaj mi jeszcze się nie naprawił. Jutro sprawdzam ich egzaminy i już się boję.